REKLAMA

Skalski: Międzymorze imienia Ukraińskiej Powstańczej Armii. W obronie Władysława Kowalczuka z banderowskiego Azowa

Skalski: Międzymorze imienia Ukraińskiej Powstańczej Armii. W obronie Władysława Kowalczuka z banderowskiego Azowa

„Nie ma przypadków, są tylko znaki” – mawiał ojciec Czesław Klimuszko. Trudno nie przywoływać tego spostrzeżenia autorstwa znanego zakonnika, jeśli znak znowu nadszedł z samej góry. Jeden z sędziwych banderowców wyzionął ducha akurat w momencie publicznej gloryfikacji dowódcy UPA, Romana Szuchewycza. Miara się najwyraźniej przebrała, więc 91-letni Petro Wuszko został wezwany przez oblicze Najwyższego, nie dokończając swojej przemowy.

Tymczasem w środowisku polskich narodowców wiele kontrowersji wzbudził fakt, że uhonorowanie ofiar Rzezi Wołyńskiej w Warszawie przez Władysława Kowalczuka z ukraińskiej partii Korpus Narodowy – powstałej na bazie pułku Azow – zostało poprzedzone jego udziałem w manifestacji wspomnianego Romana Szuchewycza. Nie brakło zarzutów o hipokryzję, nieszczerość intencji czy nawet antypolonizm.

Podkreślmy w pierwszej kolejności i zdajmy sobie sprawę, że Władysław Kowalczuk nie ma obowiązku być propolskim. Jest on zadeklarowanym Ukraińcem i to bardzo specyficznym, bo na dodatek uważa się za ukraińskiego nacjonalistę. Zestaw jego powinności w związku z takim samookreśleniem nie zawiera wcale postawy polonofilskiej i nie ma najmniejszego powodu, by tak było. Wprawdzie żyjemy w epoce post-modernizmu, gdy panuje chaos pojęciowy, ale akurat nacjonalistów polskich – za jakich się przecież uważamy – zjawisko to nie powinno dotyczyć. Czarne ma pozostać czarne, a białe być białe.

To właśnie z uwagi na powyższe impregnowanie na relatywizm i post-modernę na portalu MediaNarodowe.com ukazał się tekst o tym, iż Azow/Korpus Narodowy uczcili kata ludności polskiej na Wołyniu, czyli Romana Szuchewycza stojącego na czele UPA. Bez względu na to, dlaczego i za co ogłaszano Szuchewycza bohaterem, fakt jest taki, że był to zbrodniarz. Mówimy o tym nie dlatego, że tak nam wygodnie, ale dlatego, że jesteśmy przekonani, iż to prawda.

Tymczasem, niejednokrotnie ze strony Władysława Kowalczuka i jego akolitów będących nominalnie również polskimi nacjonalistami, spotykamy się z argumentacją, która nie dotyka istoty sprawy. Nikt nie neguje, że dla Azowa Szuchewycz to bohater, a dla nas zbrodniarz, morderca i kat ludności polskiej. Jest to prawda: taka właśnie rozbieżność ma miejsce i stwierdzenie tego faktu odpowiada rzeczywistemu stanowi rzeczy.

Drugim stwierdzeniem odpowiadającym rzeczywistości jest, że pułk Azow uczcił we wsi Tyszkowce pod Iwano-Frankowskiem (Stanisławowem) człowieka mającego ręce unurzane po łokcie we krwi polskiej ludności cywilnej. Trzecim zaś – że Azow uczcił kata ludności polskiej Wołynia. Właśnie o tym napisały Media Narodowe i jeśli „Azow nigdy nie krył się ze stosunkiem do Szuchewycza”, to związany z Marszem Niepodległości portal również tego nie kryje. Chyba, że o Szuchewyczu piszemy albo dobrze, albo wcale.

Nigdy się nie kryłem, że dla Azowa i ukraińskiego środowiska nacjonalistycznego OUN-UPA, Roman Szuchewycz oraz Stepan Bandera są bohaterami, twórcami największego w ukraińskiej historii ruchu antybolszewickiego – właśnie w tym kontekście są gloryfikowani – publikuje na swoim pisanym po polsku blogu Kowalczuk.

Zakładając, że istnieje prawda obiektywna – a takie założenie jest jednym z  fundamentów Cywilizacji Europejskiej – to Szuchewycz i Bandera pozostają zarówno „twórcami największego w ukraińskiej historii ruchu antybolszewickiego”, jak i zbrodniarzami i terrorystami. Szuchewycz miał zresztą znakomitą szansę walczyć z Sowietami, gdy nadciągał Front Wschodni, ale wolał jednak walnie przyczynić się do będącej ludobójstwem czystki etnicznej. Dopiero po wyczyszczeniu Kresów II RP z elementu polskiego wziął się za łby z formacjami zbrojnymi państwa sowieckiego. Natomiast jeszcze przed wybuchem wojny Szuchewycz z Banderą ręka w rękę dążyli dokładnie do tego samego celu, co Związek Radziecki, a także III Rzesza, a więc do zniszczenia państwa polskiego. Nie bez przyczyny zresztą obydwaj siedzieli w więzieniu za czasów II Rzeczpospolitej. Nie da się więc oddzielić Bandery-terrorysty i Szuchewycza-zbrodniarza od Bandery i Szuchewycza – przeciwników władzy sowieckiej. To były dokładnie wciąż te same osoby, a Bóg osądzi całokształt ich takich czy innych dokonań. W świetle popełnianych zbrodni i mordów zaś należy postawić pytanie, o jaką Ukrainę walczyli oni z Sowietami. To bowiem, że naprzeciw nich stali bolszewicy, to za mało. Usprawiedliwienie wszak przychodzi od Krzyża Chrystusowego, a nie od najbardziej choćby wzniosłego antybolszewizmu, na który wszak ludzie szlachetni nie mają monopolu, czego dowodem są aktualni bohaterowie Azowa. Co więcej, nawet pod kątem heroizmu jednostki, abstrahując od wyznawanej przezeń idei, w życiorysie Stepana Bandery trudno znaleźć szczególnie doniosłe czyny. Po wojnie ukrywał się pod przybranym nazwiskiem Stefan Popiel, w trakcie wojny był internowany w cieplarnianych warunkach w Sachsenhausen – podczas gdy w tym samym obozie został zamordowany przez Niemców gen. Grot-Rowecki, przed wojną trudnił się terroryzmem i bandyterką, skierowaną zresztą także przeciw własnym rodakom. Żywot zakończył Bandera w Republice Federalnej Niemiec, ginąc z ręki swojego rodaka, agenta KGB Bohdana Staszyńskiego. W momencie śmierci nie stanowił już żadnego zagrożenia dla władzy radzieckiej, niebezpieczna dla ZSRR była co najwyżej jego wiedza o tamtejszych organach bezpieki.

Wróćmy jednak do Władysława Kowalczuka. W jednym z wywiadów wymienia trzy główne elementy idei współczesnego ukraińskiego nacjonalizmu. Są to, jak twierdzi:

  1. Etniczność
  2. Socjalność
  3. Wielkopaństwowość

W ww. zasadach ukraińskiego nacjonalizmu rzuca się w oczy brak Boga-Stwórcy, od którego pochodziłaby obiektywna Prawda i który byłby celem życia każdego człowieka. Dla kontrastu – ten kluczowy element pojawia się na przykład w Deklaracji Ideowej ONR i w szeregu innych dokumentów programowych polskich organizacji narodowych. U Azowa przeciwnie – wydaje się, że bogiem, a wręcz bożkiem jest naród sam w sobie, przez co na płaszczyźnie aksjologicznej, a więc najbardziej podstawowej, nie ma punktów stycznych z nacjonalizmem polskim. Zresztą, niedawno członkowie Korpusu Narodowego publicznie wznosili modły do pogańskiego bałwana, przedstawiającego księcia Światosława. Symbolika tego ugrupowania czy też Azowa nie przedstawia zaś motywów chrześcijańskich, lecz Wilczy Hak czy Czarne Słońce.

Pod pomnikiem ofiar Rzezi Wołyńskiej Władysław Kowalczuk powiedział z kolei:

„Historia wiekopomna i tragiczna jest nam dana po to, byśmy uczyli się na błędach naszych przodków, wszak właśnie my jako nowe pokolenie Ukraińców i Polaków decydujemy, o jakiej historii będą czytać nasi następcy”.

O ile jest prawdą, że nauka wyciągana z historii może przynieść dobre owoce, o tyle w kwestii wskazywania konkretnych przyczyn, sprawców i nazywania po imieniu zbrodni ze strony Kowalczuka panuje pełen eklektyzm i wieloznaczność. Jeśli było ludobójstwo, to miało ono swoich konkretnych sprawców, którzy są – tak jak twierdzą polscy narodowcy – zbrodniarzami. W pisanej po ukraińsku recenzji filmu „Wołyń” Władysław Kowalczuk nazywa Rzeź Wołyńską „bratobójczą wojną”.

Dość dodać, że na swoim prowadzonym po polsku blogu Władysław Kowalczuk stosuje termin „ludobójstwo” – ale tylko w odniesieniu do odwetu polskiego podziemia. Dodajmy, że odwetu będącego samowolą, złamaniem rozkazu i podlegającym pociągnięciu sprawców do odpowiedzialności przez polski sąd wojskowy. Rzecz nie w liczbach zabitych po obydwu stronach, ale sposobie organizowania zbrodni – czy miała charakter samowoli, reakcji – choć zbrodniczej, odstąpienia od normy, czy też była zaplanowana, dokonywana z zimną krwią i realizowana jako element programu politycznego. A przypomnijmy, że ukraińscy nacjonaliści planowali zbrodnie na Polakach już w latach ’30, czekając na właściwą ku temu sposobność. Ta nadarzyła się po upadku państwa polskiego w wyniku agresji z zewnątrz.

Kowalczuk pyta również, czy potępiamy zbrodnie polskiego podziemia na Ukraińcach, powątpiewając, czy jesteśmy w stanie sami uczciwie podejść do tych z naszych działaczy niepodległościowych, którzy mordowali cywilów. Odpowiadam więc, że, owszem, nie będzie to na pewno łatwe, ale musimy być na to gotowi. Naszą reakcją jest przecież nie wyciąganie z życiorysów jak rodzynek z ciasta tych fragmentów, które pasują nam do kultu nieskazitelnych rzekomo bohaterów, ale raczej negacja odpowiedzialności za zbrodnie takich postaci jak „Bury” czy „Łupaszko”. Nie zasłaniamy się faktem, że szanujemy ich mimo zbrodni, których mieliby dokonywać. Dążymy do prawdy przekonani, że przynajmniej część z nich jest oskarżana niesłusznie. Naród i jego poszczególni przedstawiciele nie są dla nas bowiem jakimiś bożkami, co do których nie można prowadzić badań naukowych i udowadniać stawianych wobec nich tez. Broniliśmy „Burego” głównie ze względu na przekonania co do rzeczywistej skali jego win, ale też ze względu na skrajnie złą wolę środowisk lewackich, które go atakowały. Natomiast formacje, w których walczyli ci z Polaków, bezsprzecznie zbrodni na Ukraińcach dokonujący, na poziomie kierownictwa nie rozkazywały swoim członkom mordowania cywilów. Dziwi więc, że Kowalczuk w swoim tekście nazywa „ludobójstwem” wyłącznie akcje polskiego podziemia, nie mówiąc już o zupełnym braku takiego określenia na prowadzonych przez niego stronach po ukraińsku. Jeśli mamy wyciągać właściwe wnioski z historii, to czyż rzetelna wiedza na temat Wołynia nie powinna dotrzeć do samych Ukraińców? Czy deklarujący się jako zwolennik pojednania z Polakami Władysław Kowalczuk nie powinien położyć akcentu na dotarcie z prawdą historyczną do czytelników z Ukrainy? Nie kryje on przecież, że mieszka w Polsce kilka lat, więc albo sam zaniedbał swoją edukację w tym obszarze, albo to polscy koledzy Kowalczuka zaniedbali gościa z Ukrainy, wyrządzając szkodę jego wizerunkowi i jemu samemu.

W innej części wspomnianego tekstu z prowadzonego po polsku bloga Władysław Kowalczuk pisze z kolei:

„[…] dialogu z ukraińskimi nacjonalistami i Ukrainą nie da się uniknąć. Polska strona musi zdawać sobie z tego sprawę i również liczyć się ze zdaniem oraz uczuciami ukraińskiej strony. Biorąc pod uwagę ciągłe w niektórych środowiskach narodowych krzyki o Wołyniu i domaganie się ekshumacji, bez żadnych konkretnych kroków w tym kierunku (nie licząc manifestacji 11 lipca), odnoszę wrażenie, że jednak bardziej zależy im na tanim populizmie, służącym jako paliwo dla zdobywania popularności, niż na oficjalnie deklarowanych celach” – czytamy.

W tym kontekście warto zapytać, co konkretnie reprezentowany przez Kowalczuka Azow i Korpus Narodowy uczyniły, by kości pomordowanych na  Wołyniu Polaków doczekały się godnego pochówku – i to już naprawdę bez względu na to, za kogo uważają ukraińscy nacjonaliści sprawców ich śmierci. W kulturze europejskiej prawo do godnego pogrzebu i własnej mogiły przysługuje każdemu człowiekowi, bez względu na narodowość czy wyznanie. Tymczasem, ekshumacje kości zabitych Polaków są uzależniane od prowadzenia tzw. dialogu na określonych warunkach, choć obowiązek przeprowadzenia pochówku spoczywa na Ukraińcach bez względu na to, czy lubią oni Polaków czy też nie. Tak wiele gardłuje się o roli Ukrainy, która rzekomo broni Europy przed Rosją, tymczasem nie przypominam sobie, by w Katyniu dochodziło do podobnych rzeczy. Dla porównania – Ruch Narodowy w Polsce usuwa nielegalne banderowskie upamiętnienia, ale nie podnosi ręki na groby i nie robi ze zmarłych zakładników realizowanej agendy politycznej. Sam również pisałem i mówiłem publicznie, że szacunek do mogił bądź dążenie do ich zorganizowania niepochowanym jeszcze szczątkom powinny być fundamentem stosunków polsko-ukraińskich, o ile mamy w ogóle o czymkolwiek dialogować. W innym przypadku Ukraina wyklucza się ze wspólnoty cywilizacyjnej, do której należymy.

Osobiście nawoływałem też do pragmatycznego dialogu ze wszystkimi liczącymi się środowiskami politycznymi na Ukrainie, w tym nacjonalistycznymi, jeszcze w lutym 2014 roku. Twierdziłem, że nie można zamykać się na żadną opcję i opowiadać po żadnej ze stron wewnątrzukraińskiego sporu:

„Taka sytuacja zmusza nas do szukania na Ukrainie sojuszników – jeśli nie stałych, to doraźnych. I tak jak w przypadku upamiętniania zbrodni komunizmu sojusznikiem są środowiska postbanderowskie, tak w przypadku upamiętniania zbrodni banderowców sojusznikiem są środowiska budujące swą tożsamość na micie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Na Ukrainie Polska może pełnić dwie role: A) będzie tam rozgrywana jak do tej pory B) sama będzie tam rozgrywać. Tertium non datur. Zamykanie się na dialog z nienacjonalistyczną częścią społeczeństwa skazuje nas nieuchronnie na opcję A” – pisałem na łamach portalu Narodowcy.net w tekście „Polityka Narodowa” na manowcach dobrej woli.

Dialog prowadzić jednak można wyłącznie w oparciu o podzielane wspólnie imponderabilia, o założenie, iż dążymy do porozumienia, choć różnymi drogami, które w końcu muszą się przeciąć w obopólnym interesie. Jak tymczasem dialogować z kimś, kto chce stawiać warunki dotyczące kwestii fundamentalnej, tj. pochówków szczątków ludzkich?

W podsumowaniu Władysław Kowalczuk pisze, iż jego „tekst jest tylko i wyłącznie odpowiedzią na manipulacje MN”, chociaż nie wiadomo właściwie, co konkretnie było osławioną „manipulacją”. Nie było nią ani to, że pułk Azow uczcił Szuchewycza, ani to, że Szuchewycz był zbrodniarzem. Z elementarnej logiki wynika, że pułk Azow uczcił kata polskiej ludności Wołynia – gdzie tu manipulacja? Zadajmy kolejne niewygodne pytanie – czy faktycznie jest tak, że Ukraińcy mogą uważać Szuchewycza za bohatera, a Polacy mogą za zbrodniarza czy też pisanie o dowódcy UPA w ten sposób przez Polaków jest nieuprawnione? Czy Władysław Kowalczuk uważa, że posiada immunitet na krytykę tylko dlatego, że dokonał oburzającej rzeczy akurat po „właściwej” stronie aktualnej granicy polsko-ukraińskiej? Tak się bowiem składa, że na terenach, gdzie uczcił on tego wątpliwej sławy „antybolszewika”, za sprawą Szuchewycza również ginęli Polacy, dzięki czemu zresztą dziś już ich tam prawie nie ma. Szuchewycz i UPA nie dali im nawet szansy na dożycie do wywózki w bydlęcych wagonach na Ziemie Odzyskane przez władzę radziecką, uznając że lepszą opcją jest przelanie polskiej krwi na miejscu. Pod tym kątem bolszewicy byli bardziej humanitarni niż „antybolszewicy” z UPA, zresztą właśnie z uwagi na brak innej opcji obrony przed banderowcami za służbę w Istribietelnych Batalionach NKWD polski Sejm zdecydował w 1996 roku nadawać uprawnienia kombatanckie. Jest to wyjątek spośród przejawów kolaboracji z formacjami zbrojnymi państw okupujących terytorium Polski, bardzo wiele zresztą mówiący.

Oczywiście, Władysław Kowalczuk nie ma obowiązku być propolskim i nikt tego od niego nie oczekuje. Wprawdzie ma on na koncie kilka gestów, które w realiach ukraińskich faktycznie sprawiają wrażenie polonofilskich – jak np. zainicjowanie listu w obronie figur lwów na Cmentarzu Orląt Lwowskich. Przypomnijmy, że jest to nekropolia, którą Sowieci w latach ’70 dosłownie rozjechali czołgami i która była solą w oku lokalnego nacjonalistycznego mainstreamu w czasach niepodległej Ukrainy. Do podpisania listu w jej obronie nie trzeba być propolskim, wystarczy po prostu znać historię i być przyzwoitym. Nasz szacunek do pewnych zasad, które chcemy stosować wobec Ukraińców ze względu na ich godność osoby ludzkiej, nie wynika przecież ze szczególnego traktowania akurat narodu ukraińskiego. Jesteśmy nacjonalistami polskimi, a więc zarazem katolickimi, więc pociąga to za sobą obowiązek określonego stosunku do osób narodowości ukraińskiej i każdej innej. Władysław Kowalczuk może zaś spodziewać się ze strony polskich narodowców takiego stosunku do siebie, na jaki zasłuży jako osoba – i to bez względu na swoją narodowość. Wkraczając na ścieżkę polemiki politycznej z naszym środowiskiem, jest i pozostaje jednak przede wszystkim Ukraińcem, co należy przyjąć do wiadomości.

Władysław Kowalczuk przypomina też oficjalne pismo szefa swojej partii, deputowanego do parlamentu Ukrainy Andrija Biłeckiego, w sprawie miejsca kaźni ofiar reżimu stalinowskiego w Bykowni pod Kijowem, w tym zamordowanych tam Polaków – co ma być przejawem działalności na rzecz polsko-ukraińskiego pojednania. Przedstawiony przez Kowalczuka dokument dotyczy jednak usprawnienia transportu drogowego pod kątem dotarcia do tego miejsca, nie ma w nim żadnej wzmianki o Polakach. Członkowie Korpusu Narodowego/ Azowa poniekąd odznaczyli się pozytywnie, usuwając wulgarne napisy z pomnika w tej części cmentarza, gdzie spoczywają polskie ofiary ukraińskich komunistów z kijowskiego NKWD (w tym mój stryjeczny dziadek, stracony tam w 1940 roku), z tradycją którego Azow nie chce mieć nic wspólnego. Gdy zbrodniarzami okazują się jednak Ukraińcy z UPA, to u nacjonalistów ukraińskich brak takiego jednoznacznego odcięcia się od tej spuścizny. Zbrodnie są złe – ale tylko pod warunkiem, że dokonuje się ich pod sztandarem z sierpem i młotem. Pozostałe mają już być przedmiotem spekulacji i targów, na co jednak nie może być zgody.   

Pozostaje też kwestia mniejszości polskiej na Ukrainie, co do której Władysław Kowalczuk deklaruje pozytywne zamiary. Przykładem na to ma być gotowość do jej obrony w razie potencjalnego na nią ataku. Niemniej, o ile członkowie polskiej mniejszości na Ukrainie faktycznie mają pozostać Polakami, to w ramach świadomego przeżywania własnej tożsamości narodowej muszą być w opozycji do tych, którzy dla Azowa, w tym Władysława Kowalczuka, są bohaterami. W innym wypadku będziemy mieli do czynienia po prostu z Ukraińcami polskiego pochodzenia, a nie żadną mniejszością narodową, która jest wspólnotą wyobrażoną, skoncentrowaną między innymi wokół podzielanej przez ogół narodu interpretacji dziejów. Interesuje mnie, jak Azow proponuje instytucjonalnie skanalizować tę odrębność Polaków mieszkających na Ukrainie, bo na razie brak takich propozycji. Gesty wobec miejsc wiecznego spoczynku Polaków oczywiście są bardzo ważne, ale nie ukrywajmy – najważniejsi są przede wszystkim Polacy żyjący na Ukrainie tu i teraz, a miejmy nadzieję, że również w przyszłości.

Ze swojej strony proponuję, by polska mniejszość w tym kraju miała identyczne prawa jak Ukraińcy w II RP, ponoć niemiłosiernie prześladowani i to w taki sposób, że tożsamość i język ukraiński są najmocniejsze akurat na dawnych Kresach. Natomiast obrona istniejących grobów czy akceptowanie obecności na Ukrainie osób polskiego pochodzenia to nie jest żaden program pozytywny, chyba że Władysław Kowalczuk naprawdę chce się równać ze swoimi bohaterami z przeszłości, wtedy faktycznie porównanie wypada zdecydowanie na jego korzyść. Przyznajmy to uczciwie – Władysław Kowalczuk ma do Polaków stosunek zdecydowanie lepszy niż Roman Szuchewycz. Polscy narodowcy również są przeciwko dyskryminowaniu mniejszości ukraińskiej w Polsce i aktom wandalizmu wobec ukraińskich grobów, a mimo wszystko nie uważamy, że ktokolwiek powinien być nam za to wdzięczny. Warto by było, aby Władysław Kowalczuk zaprezentował wizję polityki państwa ukraińskiego wobec kolektywnych praw Polaków jako mniejszości narodowej, którą jego propolskie ponoć ugrupowanie miałoby zaproponować. Przypomnijmy bowiem, że Ukraińcy w Polsce cieszą się nie tylko pełnią praw obywatelskich, ale też określonymi przywilejami jako mniejszość.

Tak się również składa, że z Władysławem Kowalczukiem obyłem w Warszawie debatę dotyczącą stosunków polsko-ukraińskich, demonstrując gotowość do dialogu w praktyce. Celowo nie poruszałem wówczas kwestii historycznych, skupiając się na koncepcji polsko-ukraińskiego Międzymorza i jego zasadności. Wprawdzie Kowalczuka wyręczał nierzadko trzeci z prelegentów, Jakub Siemiątkowski, ale pozwolę sobie przytoczyć swoje najważniejsze argumenty na rzecz nierealności takiego aliansu z Ukrainą:

  1. Nowy Jedwabny Szlak – nitka biegnąca przez Polskę jest konkurencyjna wobec wariantu ukraińskiego i na odwrót
  2. Projekt Nowego Jedwabnego Szlaku zakłada jego przebieg przez Rosję, co wyłącza Ukrainę z partycypacji w nim
  3. Zarzucone wprawdzie, ale rozważane w przeszłości projekty gazociągów z Rosji na Zachód – biegną albo przez Polskę, albo przez Ukrainę, nigdy przez obydwa państwa naraz
  4. Szlaki komunikacyjne Północ-Południe, czyli Via Carpathia i Rail Baltica – przechodzą przez Polskę, omijają Ukrainę
  5. Północny Korytarz Gazowy z Polski przez Europę Środkową do Chorwacji – Ukraina nie uczestniczy w projekcie z przyczyn obiektywnych, tj. geograficznego usytuowania na mapie Europy
  6. Południowy Korytarz Gazowy dostarczający surowiec spod dna Morza Kaspijskiego – omija Ukrainę, zaś Polska może być zainteresowana przesyłanym przez niego surowcem
  7. Projekt terminalu gazu skroplonego w Gdańsku – może być opłacalny ze względu na kraje Europy Środkowej, ale nie na Ukrainę
  8. Żaden z krajów Grupy Wyszehradzkiej nie chce prowadzić proukraińskiej polityki, nie chce też konfliktu z Rosją (Słowacja, Czechy i Węgry krytykują sankcje), zaś Polsce powinno zależeć na trwałości sojuszu V4, szczególnie w dobie konieczności poszukiwania sojuszników w UE
  9. Szczyt Trójmorza z nieśmiałym błogosławieństwem Trumpa odbył się bez udziału Ukrainy
  10. Ukraińska gospodarka jest w fatalnym stanie i nie stwarza szans jako atrakcyjny rynek, który nigdy nie był tak perspektywiczny jak rynek rosyjski, co wykazują twarde, policzalne dane
  11. Konflikt ukraińsko-rosyjski nie dotyczy Polski, a Ukraina nie jest w stanie go samodzielnie zakończyć.

Zatrzymajmy się przez chwilę przy ostatnim punkcie, gdyż ze względu na brak czasu i emocjonalny rozstrój p. Tomasza Szczepańskiego z powodu istnienia Federacji Rosyjskiej, trudno było rozwinąć ten temat. Z punktu widzenia Polski wejście w Międzymorze z państwem, którego PKB stanowi mniej niż połowę wartości dóbr i usług wytworzonych tam przed Majdanem, jest transakcją bez żadnej wymiernej korzyści. Jako opcja nie będąca pro-zachodnią, ale i nie anty-rosyjską, czyli anty-niemiecką i anty-rosyjską zarazem, może istnieć tylko z bardzo silnym patronem z zewnątrz. Chiny potrzebują Rosji do przeprowadzenia przez jej terytorium Nowego Jedwabnego Szlaku, Stany Zjednoczone wskazały już miejsce Ukrainy jako będącej poza projektem Trójmorza. Alians z Ukrainą wygląda atrakcyjnie jedynie na mapie, przy czym największe po Rosji europejskie państwo, prawie dwa razy większe od Polski – jakim jest Ukraina – gwałtowanie się wyludnia i mieszka tam prawdopodobnie mniej osób, niż nad Wisłą. Gospodarka jest w fatalnym stanie, państwo ma nieuregulowane granice, a ludność emigruje stamtąd nie tylko do Polski, ale też do „kraju-agresora”, czyli do Rosji.

Strona ukraińska usiłuje więc obciążyć nas swoimi problemami, ściągniętymi na siebie niejako na własne życzenie. Swoją drogą, choć to nie nasz konflikt, to trudno nie zadawać sobie pytania, czy bardziej wydolne są struktury republik ludowych w Donbasie, „samozwańczych”, jako się rzekło, czy też instytucje państwa ukraińskiego na podlegającym mu faktycznie terytorium. Czy oligarchowie mają do powiedzenia więcej nad Dnieprem, czy też nad Dońcem i Kalmiusem? Ukraina jako państwo ma nad DRL i ŁRL tylko jedną przewagę, a mianowicie uznanie międzynarodowe. Rozwalić własne państwo nie jest bowiem sztuką, problem z tym, co zastaje się potem. Nie czuję zresztą, by Ukraina, w tym Azow, bronili Polski przed Rosją i by bezsensowny konflikt w Donbasie dotyczył jakkolwiek naszych interesów narodowych. Za propozycję wciągnięcia mojego kraju w cudzą wojnę stanowczo, acz uprzejmie podziękuję. W zamian mogę zaproponować ukraińskim kolegom tolerancję wobec kultu Armii Czerwonej, któremu hołduje znaczna część mieszkańców zbuntowanych regionów. Wszak formacja ta jest tam czczona nie jako siła zbrojna zbrodniczego państwa, ale jako największa pod względem liczebności armia walcząca z nazistowskimi Niemcami. Brzmi znajomo, prawda?  

Przytaczając wymienione powyżej argumenty zakładałem, że mogą one zostać merytorycznie obalone. Władysław Kowalczuk skomentował je jednak w sposób zaskakujący, przyznając, iż „Międzymorze to projekt ideologiczny, a nie ekonomiczny”. Na gruncie jakiej konkretnie ideologii, jakiej płaszczyzny aksjologicznej mamy współpracować i dlaczego właściwie mielibyśmy w polityce międzynarodowej kierować się względami ideologicznymi? Oczywiście, zgadzam się z tym, że Międzymorze to wyłącznie czysta ideologia, a w wydaniu co poniektórych projektowanie sojuszy międzynarodowych na bazie osobistych doświadczeń z przedstawicielem konkretnej nacji. Kolega z Ukrainy jest sympatyczny, więc zrobimy Międzymorze (Intermarium) z Ukrainą. To równie proste i logiczne, co infantylne.

Rzecz jednak nie w tym, by uzgadniać interpretacje historii. Antyintelektualny gimbo-antybanderyzm i gimbo-intermaryzm są zresztą siebie warte. Gdybyśmy bowiem mieli nie porozumieć się w kwestii spojrzenia na przeszłość narodów, co byłoby niemal nieuchronne – i takim się właśnie teraz okazuje, moglibyśmy prowadzić dialog o interesach Polski i Ukrainy, jeśli te byłyby zbieżne. Wystarczy tylko udowodnić, że takimi rzeczywiście są i że niżej podpisany się myli. Pozostaje jednak wątpliwość, czy jesteśmy w stanie zgodzić się przynajmniej w podstawowych kwestiach aksjologicznych, bo przecież nawet współczesne gesty interpretujemy różnie, choć miały przecież sprawiać inne wrażenie. A jednak nie sprawiają i nie jest to wina „manipulacji”, tylko niestety wykręcania się od udzielania jednoznacznych odpowiedzi na proste pytania.

Niemniej, nie mam do Władysława Kowalczuka o to pretensji i staram się rozumieć jego sytuację, choć jego uwagi wobec polskich „szowinistów” bywają niedorzeczne, chyba że takimi właśnie mają w zamierzeniu być. Jednak nasz gość z Ukrainy nie jest raczej geniuszem zła i chyba naprawdę chce dobrze, nie kieruje się świadomie złą wolą, mieszka tu przecież od kilku lat i przyznaje, że nie jest dyskryminowany ze względu na narodowość, co zresztą niezwykle mnie raduje. Jest on jednak zakładnikiem swojej ukraińskiej tożsamości, której się przecież nie wyrzeknie. Obserwujemy zatem konflikt między lojalnością wobec własnej wspólnoty narodowej i wyrozumiałością wobec pamięci historycznej narodu, w kraju którego przebywa i gdzie jest traktowany na ogół w sposób sprawiedliwy.

Niestety jednak „antyszowinistyczny” parasol, pod którym rzekomo wspólne miejsce znajdą nacjonaliści ukraińscy i polscy, nie istnieje, nie istniał i istnieć nie będzie. Kto jak kto, ale właśnie nacjonaliści powinni wiedzieć, że to historia konstytuuje narody, iż to pamięć o przeszłości i jej podzielana przez ogół interpretacja sprawia, że dana zbiorowość stanowi naród – świadomość tego faktu to jedyna bodaj rzecz, która rzeczywiście jest wspólna nacjonalistom z różnych stron świata. Gdyby miało być inaczej, to autoidentyfikacje, takie jak „Ukrainiec” czy „Polak”, nie miałyby żadnego znaczenia. Władysław Kowalczuk jest – egzaltowanym wprawdzie – ale mimo wszystko ideowcem, a nie sekciarzem. W decydujących momentach, gdy dychotomia Polak-Ukrainiec staje się aktualna, wybiera on tę drugą opcję, pozostając wiernym swojej narodowej tożsamości i za to akurat należy go podziwiać. Tego samego nie sposób powiedzieć o jego polskich wyznawcach, którzy z Władysława Kowalczuka uczynili swój własny odpowiednik pogańskiego bożka. Oby w wieku 91 lat był on już na innym poziomie refleksji, niż jest dzisiaj, czego z całego serca życzę i czemu służyć ma życzliwy krytycyzm wobec jego poczynań.   

autor:

Marcin Skalski
REKLAMA

Komentarze