REKLAMA

Marcin Skalski: Niech Sylwester Chruszcz przeprosi za Jedwabne

Marcin Skalski: Niech Sylwester Chruszcz przeprosi za Jedwabne

Sylwester Chruszcz poniżył się przed niemieckim Onetem, zapierając się swoich dawnych poglądów na suwerenną politykę Polski wobec USA, Rosji i innych mocarstw. Zarzekając się, że nie jest „ruskim agentem”, złożył jednocześnie hołd lenny Stanom Zjednoczonym – w efekcie Chruszcz nie jest w stanie reprezentować suwerennego spojrzenia ani wobec USA, ani wobec Rosji i jakiegokolwiek innego państwa – pisze Marcin Skalski.

Kilka dni temu poseł Sylwester Chruszcz wyspowiadał się niemieckiemu portalowi Onet, że jednak nie jest ruskim agentem. Przystąpił on zarazem do głównego nurtu myślenia o geopolityce, jednoznacznie opowiadając się za Stronnictwem Amerykańskim – czy też Amerykańsko-Żydowskim w Polsce.

Stanisław Michalkiewicz – popularny publicysta, z wykształcenia prawnik, a z zawodu „znany antysemita” – upowszechnia teorię, iż Polską rządzą naprzemiennie trzy stronnictwa: ruskie, pruskie i amerykańsko-żydowskie. Wojna PO z PiS-em to właściwie starcie tych dwóch ostatnich, stronnictwo ruskie jakoś nie może się trwale przebić, odkąd stopa ostatniego żołnierza rosyjskiego opuściła w roku 1993 polską ziemię. Pozostałe widoczne gołym okiem aktywa Rosjan w Polsce są raczej skromne, chyba że faktycznie damy wiarę teoriom o wszechobecnych jakoby „ruskich agentach”. Ci, jak wiadomo, rekrutują się szczególnie ze środowisk kresowych i narodowych, które skłócają nas z bratnią Litwą i Ukrainą poprzez wypominanie drobnych niesnasek z przeszłości.

Ostatni wywiad Sylwestra Chruszcza dla niemieckiego Onetu zaczynał się na tyle obiecująco, że właściwie na jednym stwierdzeniu mógłby się też skończyć. „Nie identyfikuję się z żadną postacią ani z żadną grupą polityczną w Rosji” – mówi przedstawiciel Endecji. Chruszcza nikt nigdy za rękę nie złapał w kwestii rzekomych związków z Rosją, zatem tego typu stwierdzenie powinno w zupełności wystarczyć. Jakiekolwiek dalsze drążenie tematu rzekomej agenturalności staje się w takiej sytuacji insynuacją. Mimo tego Chruszcz wykazał się nadgorliwością, grzecznie spowiadając się niemieckiemu portalowi ze swojej przeszłości i wyznając dawne grzechy, co jednak skończyło się ostatecznie groteskowo.

„Ja nie popieram Putina, niech on spada na drzewo” – mówi Chruszcz o przywódcy mocarstwa atomowego, największego powierzchniowo państwa świata, stałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ i państwa, bez którego nie sposób rozwiązać szeregu problemów o charakterze globalnym. Właściwie nie wiadomo, dlaczego Putin miałby się posłuchać Chruszcza i „spadać na drzewo”. Czy dlatego, że Chruszcz „nie popiera Putina”? Przykra wiadomość dla posła Endecji jest taka, że Władimir Putin nie zabiega i raczej zabiegać o jego poparcie nie będzie – i to najpewniej Putin będzie dłużej obecny w rosyjskiej polityce, niż Chruszcz w polskiej.

Paradnie wyglądają też argumenty endeka o tym, jakim złem jest Putin dla demokratycznej opozycji. Chyba tylko niechcący Chruszcz dokonał rozróżnienia między „zwykłym człowiekiem” w Rosji a tamtejszą „demokratyczną opozycją”, czym zresztą wykazał, że tamtejsi antyputinowcy w rosyjskim społeczeństwie nie mają żadnego poparcia. Dlaczego więc zadeklarowanego polskiego narodowca obchodzić ma los „demokratycznej opozycji” i to w innym państwie? Po to, by wykazać dla niej współczucie? To właśnie Rosja była prekursorem rozwiązań prawnych, na mocy których organizacje finansowane z zagranicy mają status obcych agentów, właśnie po to, by nikt za bardzo nie „troszczył” się o los rosyjskiej demokracji. Nie daj Boże, żeby i u nas troszczono się o demokrację w podobny sposób, choć przecież były podejmowane w Polsce zaawansowane próby wykazania się taką troską – i bynajmniej to nie Rosja je sponsorowała.

Jak pisał bowiem rosyjski komentator Wiktor Marachowskij w swoim ostatnim artykule w serwisie RIA.ru, który tłumaczyliśmy na Mediach Narodowych (ukazał się pod tytułem „Polska bitwa o suwerenność z niemiecką Unią Europejską”):

„Unia Europejska ma w Polsce całą sieć całkowicie podporządkowanych agentów wpływu – są oni „niezależnymi strukturami społeczeństwa obywatelskiego”. Rozgonić ich tak po prostu Warszawa nie może – mają zbyt duże wpływy, zbyt długo one tam funkcjonują, zbyt wielu polityków, mediów i innych podmiotów jest z nimi związanych […]A nam pozostaje obserwować rzeczywistość i radować się, że sami nie mamy z czymś takim do czynienia. Nie mamy, bo już dawno nasz kraj zaczął się troszczyć o swoją suwerenność” – pisze rosyjski publicysta w swoim zaskakująco trafnym komentarzu o sytuacji w Polsce.

Warto też zwrócić uwagę, że dowartościowywanie procesu wszechglobalnej „demokratyzacji” to schlebianie wulgarnemu i skrajnie niebezpiecznemu atlantyzmowi, który ignoruje różnice kultury politycznej w poszczególnych regionach świata. Ostatecznie odbija się to też czkawką Polsce, czego przykładem jest wymierzenie lufy „demokratyzacji” przez związaną z Sorosem Fundację Otwarty Dialog – najpierw „demokratyzującą” Ukrainę, a teraz planującą zorganizować Majdan w Polsce. Jak jednak zwraca uwagę chociażby prof. Bieleń, Rosja ma odrębną kulturę polityczną i nie trzeba być nawet ekspertem, by orientować się, że demokracja liberalna jest jej czymś skrajnie obcym (czy przypadkiem nam również?). Dlatego właśnie wszelkie organizacje pozarządowe zajmujące się prawami człowieka nie mają tam w społeczeństwie posłuchu, musiały być finansowane z zagranicy, a efekcie czego stawały się automatycznie czymś w rodzaju V kolumny. Zatem autorytarny przywódca, jakim jest Putin, spełnia oczekiwania Rosjan i jest z krwi i kości tym, kogo Rosjanie chcieliby widzieć u władzy („Uważam go za krwawego dyktatora!” – mówi z kolei Chruszcz w tym samym wywiadzie).

Co tymczasem ma do powiedzenia o Putinie Sylwester Chruszcz? Przypomnijmy – „niech spada na drzewo”. Wypowiedź ta komentuje się sama.

Dość dodać, że w momencie konfliktu Polski z Unią Europejską (czyli Niemcami), który – jak zauważa wspomniany Marachowskij – jest nieuchronny z samej swojej natury, bo dotyczy kwestii polskiej suwerenności, grożenie prezydentowi Putinowi palcem w bucie jest tyleż śmieszne, co szkodliwe. Banałem będzie stwierdzenie, że Polska skonfliktowana zarazem i z Berlinem, i z Moskwą, tworzy zarazem warunki, dla których tenże Berlin z Moskwa jakoś zechcą rozwiązać „problem polski”. Na ironię zakrawa fakt, że Chruszcz nawraca się na „kremlosceptycyzm” akurat w rozmowie z portalem w 100% kontrolowanym przez kapitał niemiecki. Jak pisał Aleksander Bocheński w „Dziejach głupoty w Polsce”, Polska nie ma innej drogi, niż pójście z Niemcami przeciw Rosji lub z Rosją przeciwko Niemcom (o ile oczywiście nie jest samodzielnym mocarstwem – dodam od siebie), a konkretnie: bronić Ziem Zachodnich przed Niemcami z Rosją lub Kresów Wschodnich przed Rosją wraz z Niemcami. Dziś jednak obrona Kresów przed Rosją to problem nieistniejący, gdyż obecnie to nie ona zajmuje nasze wschodnie ziemie.

Tłumacząc powyższe rozważania Bocheńskiego na rzeczywistość współczesną: albo walczy się z Niemcami o suwerenność w UE przy jednoczesnym wyciszeniu sporów z Rosją, albo się wojuje przeciwko ruskim ręka w rękę z Berlinem. Należy jednak głośno zapytać, co konkretnie Polska ma od Rosji uzyskać, jakie mają być cele naszej polityki wobec Federacji Rosyjskiej. „Integralność terytorialna” Ukrainy nie jest czymś, co ma szczególnie istotny związek z polskim interesem narodowym, można więc stwierdzić, że Chruszcz zabiega o łatkę kremlosceptyka dla świętego spokoju, żeby nie spotkała go już więcej przykrość w postaci nazwania „ruskim agentem”.

Tymczasem, przywoływany raport „Political Capital”, który jest jakoby „węgierskim instytutem” i w którym to raporcie Chruszcz został określony mianem agenta wpływu Rosji, to po prostu jaczejka George’a Sorosa, która wymyślała od „ruskich agentów” wszystkim mediom czy osobom o konserwatywnej czy narodowej wrażliwości. W jednym z takich raportów sam zostałem tak nazwany i zamiast się z tego tłumaczyć, ogłaszam wręcz to z dumą i przepraszać za „agenturalność” nie mam zamiaru. Chruszcz poszedł inną drogą, zaś o skutkach takiego postępowania powiemy sobie dalej.

Będąc indagowanym o Mateusza Piskorskiego, Chruszcz odcina się z kolei od związków z partią Zmiana, co nie jest niczym karygodnym. O kompromitacji tego ugrupowania, które protestuje przeciwko rządowi ramię w ramię z liberalną i wspieraną z zagranicy „opozycją totalną”, Media Narodowe pisały w tekście „Zła Zmiana” autorstwa Jonasza Tomkowskiego. Niemniej, Chruszcz nie skorzystał z okazji, by zadać głośno pytania o przyczyny przetrzymywania Piskorskiego w areszcie bez aktu oskarżenia już ponad rok. Zarazem Chruszcz przyznaje, że w Rosji bywał z Piskorskim, a zapewne miał tam dostęp do obserwowania wyborów właśnie dzięki niemu i jego kontaktom. Chruszcz jednak nie wykorzystał szansy, by bronić praw obywatelskich Mateusza Piskorskiego, choć to akurat jest Piskorskiemu winien. Nic takiego jednak nie nastąpiło.

Oczywiście, Chruszcz ma prawo krytykować i wykazywać, że Zmiana jest „jednobiegunowa geopolitycznie”. Nie jest też oburzające, że Chruszcz opowiada się za pozostaniem Polski w NATO – wszak jest to dla nas argument w stosunkach z Rosją, a na uczestnictwie w tym pakcie moglibyśmy nawet skorzystać. Nie ma sensu uleganie pokusie, by z zasady bardziej nienawidzić USA i NATO, niż kochać Polskę. Trzeba po prostu liczyć zyski i straty dla własnej Ojczyzny w każdej z alternatywnych konfiguracji geopolitycznych. Dlatego jednobiegunowość pod tym względem jest istotnie szkodliwa (pomijając to, czy Zmiana ją faktycznie postuluje).

Jednakowoż propozycje Chruszcza trącą wyjątkowo prostacką jednobiegunowością geopolityczną:

„Bo gdy myślę o przyszłości naszego kraju, o bezpieczeństwie mojej córki, to jestem przekonany, że nasze miejsce jest w silnym NATO, w sojuszu z Amerykanami, z wojskami USA stacjonującymi na naszych terenach. A skoro tak, to oni muszą mieć gdzie stacjonować” – mówi Chruszcz niemieckiemu portalowi.

Warto zaznaczyć, że architektem baz wojennych USA w Polsce jest właśnie Sylwester Chruszcz, który prowadzi tak działalność zarobkową. Jako finansowy beneficjent stacjonowania obcej armii na terytorium Polski nie może więc on być uznany za normalnego uczestnika dyskusji na ten temat.

Jak z kolei argumentuje swoje poglądy Chruszcz? Przypomnijmy:

„Sytuacja geopolityczna stała się inna, Rosja jest realnie agresywna. Dobrze, przyznaję: lata temu myślałem zbyt naiwnie. Sporo w moim życiu zmieniła obserwacja zachowania Kremla po tragedii smoleńskiej. Nieoddanie wraku tupolewa przekreśliło w moich oczach Putina na bardzo długo. To zły człowiek, niepoważny, w istocie pogardzający Polską” – mówi architekt amerykańskich baz wojennych w Polsce.

Nie jest komfortowo powoływać się na własny przykład, ale niestety mężowie stanu pokroju Sylwestra Chruszcza nie dają sposobności, by wskazywać ich jako wzór. Niemniej – komentując stosunki polsko-rosyjskie dla tamtejszych mediów, wskazywałem jednoznacznie na potrzebę oddania wraku Tupolewa Polsce. To jednak jeszcze nie powód, by rozciągać spektrum problemów we wzajemnych stosunkach na linii Warszawa-Moskwa i harmonijnie współbrzmieć ze środowiskami „Gazety Polskiej” i Fundacji Otwarty Dialog, które „rosyjską agresję” odmieniają przez wszystkie przypadki. Naprawdę nie istnieje współzależność między bezpieczeństwem i niepodległością Polski a władaniem przez Gruzję Abchazją i Osetią, a przez Ukrainę Krymem. Zarazem amerykańskie bazy rakietowe nie zwrócą nam Tupolewa, jak zdaje się sugerować Chruszcz. Ambasador USA w Polsce powiedział już zresztą dawno, że w sprawie katastrofy Ameryka powiedziała polskim władzom wszystko, co miała do przekazania – choć oczywiście wiemy, że to nieprawda, a amerykański dyplomata kłamie w żywe oczy w interesie swojego kraju i z polecenia jego władz.   

Jeśli jednak tak bardzo mamy się bać Rosji, to jak ma się to do stwierdzenia Chruszcza, że Putin to człowiek „niepoważny”? Jest wręcz przeciwnie – Putin to polityk wybitny i jak najbardziej poważny, zdolny do obrony interesów swojego państwa. Jakie to rodzi skutki dla Polski, to kwestia osobna, jednak wymyślanie mu od „złych ludzi” czy „krwawych dyktatorów” to już przejaw schizofrenii. Nie można być zarazem niepoważnym, gdy stwarza się ponoć poważne zagrożenie. Jest już osobną kwestią, na ile przejawem tegoż zagrożenia ze strony Rosji jest dla Polski los wraku naszego samolotu i na ile mają przed tymże zagrożeniem ochronić nas amerykańskie bazy, na projektowaniu których Chruszcz zarabia na życie.

Swoje przekonania o stosunkach polsko-amerykańskich poseł na Sejm RP argumentuje również osobliwie:

„Ta moja ewolucja poglądów wiążę się też z dwukrotnym pobytem w Stanach. Po tych wyjazdach, jak każdy Polak, stałem się mocno proamerykański” – mówi dalej endecki polityk, który najwyraźniej odpuścił przekonywanie własnego narodu, że ślepe poleganie na sojusznikach to przejaw czegoś przeciwnego wobec dojrzałości politycznej. Schlebianie tej akurat przywarze większości Polaków, jaką jest bezrefleksyjna amerykanofilia, to działanie właśnie wbrew narodowi.

Jeszcze kilka takich stwierdzeń, a określenie „endek” stanie się synonimem osoby o infantylnej refleksji geopolitycznej. Faktycznie jednak Chruszcz nie ma innego wyjścia – musi być pro-amerykański, bo przecież nie powie, że dostał grant na zaprojektowanie baz wojennych USA i musi ćwierkać z innego klucza. Przyjmijmy więc, że Chruszcz mocno pro-amerykański jest naprawdę szczerze i z przekonania.

Dalej Chruszcz przekonuje:

„Dziś przestrzegam wszystkich w Polsce – także po stronie narodowców, którzy w sposób bałwochwalczy wypowiadają się o Moskwie. W obecnej sytuacji to stolica państwa zdolnego do destabilizacji Polski” – mówi.

Wzywam więc posła Chruszcza do wskazania konkretnych nazwisk osób, które mają na koncie takie wypowiedzi. Inaczej wychodziłoby na to, że w rozmowie z niemieckim portalem szkaluje własne środowisko.

Nie da się zaprzeczyć, że Moskwa ma określone możliwości wpływania na sytuację w Polsce w sposób nasz kraj destabilizujący. Niemniej, z jakiegoś powodu protektorem Sorosa i związanych z nim organizacji nie jest Putin i nie jest Rosja, a to właśnie ze strony żydowskiego miliardera płynie zagrożenie destabilizacją Polski – tego samego miliardera, którego Putin puścił kantem. Retoryka o Putinie jako „krwawym dyktatorze” powtarzana jest wszak przede wszystkim przez lewackie i liberalne think-tanki, które Chruszcza zapisały w poczet ruskich agentów. Zamiast krótko zbyć tego typu zarzuty ze względu na samego ich autora, Chruszcz uwiarygodnia to kryterium i głupio się z nich tłumaczy.

Można też odnieść wrażenie, że Chruszcz chce spełnić kryteria koszerności z uwagi na potrzebę amortyzacji wobec późniejszego używania sobie na banderowcach, gdy mowa jest o Ukrainie. Pomińmy milczeniem wypowiedzi, w których Julia Tymoszenko czy Petro Poroszenko – osoby odpowiedzialne przecież za banderyzację polityki historycznej Ukrainy – nazywane są przez Chruszcza „przyjaciółmi”. Podkreślmy przede wszystkim, że obecnie w Polsce antybanderyzm jest już pewnym standardem i wcale nie trzeba być narodowcem, by nie tolerować polityki historycznej Ukrainy. Usprawiedliwianie kultu UPA jest w Polsce właściwe jedynie garstce degeneratów – albo biorących za to pieniądze, albo po prostu zafiksowanych na punkcie „sojuszu” z tym państwem. Z uwagi na to, że ten temat rozgrzewa opinię publiczną, naprawdę ciężko nie być w Polsce „antybanderowcem”. Nawet osoby o nieuleczalnym kompleksie Rosji (zjawisku opisanym w literaturze naukowej – w tym od niedawna z moim skromnym udziałem, polska rusofobia to po prostu rzeczywisty fakt) uważają, że jest to nieakceptowane, zatem konflikt z Moskwą wcale Ukrainy tutaj w oczach Polaków nie rozgrzesza.

Przy całym skomplikowaniu stosunków polsko-rosyjskich i ich obciążeniu, polityka Polski wobec Ukrainy mogłaby być czymś, co faktycznie byłoby płaszczyzną porozumienia z Rosją. Skoro nie możemy wyjść poza konflikt interesów bądź subiektywne, ale przecież będące społecznym i wpływającym na stosunki międzynarodowe faktem wzajemne postrzeganie Polaków i Rosjan, to dogadajmy się chociaż w kwestii Ukrainy. Faktycznie, Polska polityka powinna być nie tyle antybanderowska, co w obecnej konfiguracji po prostu antyukraińska. Dla Federacji Rosyjskiej konflikt na Ukrainie, sprawa Krymu to interesy strategiczne i najbardziej żywotne, zatem wycofanie się ze szkodzenia Rosji mogłoby stworzyć szansę na poprawę stosunków polsko-rosyjskich – która jest nam przecież potrzebna z uwagi na nieuchronny konflikt z Berlinem i Brukselą. Paradoksalnie może się zresztą okazać, że Polska i Rosja będą jedynymi europejskimi krajami, na które UE nakłada sankcje. Mamy więc poniekąd wspólnych wrogów.

Jak zresztą mówi amerykański myśliciel konserwatywny, prof. Paul Gottfried w wywiadzie dla Kresów.pl:

„Stany Zjednoczone wyślą wojska do Polski nie dlatego, że prezydent Duda chwali Amerykański Komitet Żydowski, ale dlatego, że USA znajdują się w sporze z rządem rosyjskim. Podobnie jak czarni nacjonaliści, feministki i działacze homoseksualni, Amerykański Komitet Żydowski nieustannie poszukuje oznak antysemityzmu. Jeśli wasz rząd odmówi sankcjonowania późnych aborcji lub zawaha się w kwestii małżeństw homoseksualnych, Amerykański Komitet Żydowski zacznie gadać o atawistycznym polskim antysemityzmie i o tych wszystkich polskich kolaborantach, którzy współpracowali z Waffen-SS zabijając polskich Żydów. Lepiej nie pchać się w takie uciążliwości” – czytamy na łamach portalu.

Profesor może się, rzecz jasna, mylić, jednak u Sylwestra Chruszcza nie ma nawet śladu tego typu obaw związanych z uwieszeniem się u klamki tylko jednego mocarstwa. Jest to istotne o tyle, że przecież Chruszcz chce uchodzić za narodowca, co zresztą i tak jest wątpliwe w świetle jego fascynacji państwem wyrosłym na gruncie liberalnych ideałów rewolucji amerykańskiej i suponowania Polsce roli podwykonawcy jego interesów w Europie Wschodniej.

Podsumowując, casus Sylwestra Chruszcza każe wątpić o możliwościach utrzymywania się wszelkiej maści „zdroworozsądkowych” czy „umiarkowanych” endecji w – jakkolwiek wielonurtowym – obozie narodowym. Prędzej czy później ulega on presji mainstreamu i grupuje raczej ludzi o miękkich kręgosłupach, niezdolnych do obrony swoich przekonań bądź tychże przekonań nie traktujących w sposób całkiem poważny. Jest to też choroba, na którą cierpią niektórzy liderzy Ruchu Narodowego, flirtujący z PiS-owskimi neokonserwatystami bądź dający im wręcz do zrozumienia, że spory z nimi nie mają charakteru fundamentalnego czy wręcz metapolitycznego, bycie narodowcem zaś to występowanie w roli PiS-owca, tylko że trochę bardziej radykalnego. Po swoich publicznie uzewnętrznionych wyznaniach Sylwester Chruszcz właściwie już teraz mógłby znaleźć się w PiS-ie, unieważnił on bowiem swoje uczestnictwo po stronie nacjonalistów w sporze o tak kluczowej kwestii, jaką jest polityka międzynarodowa.

Można by oczywiście nieuprzejmie założyć, że rzekoma zmiana poglądów na pro-amerykańskie to tak naprawdę spełnienie wymogu otrzymania grantu na projektowanie baz wojennych Stanów Zjednoczonych w Polsce, ale na to nie ma dowodów. Niemniej, poseł Chruszcz otrzymuje niemałe pieniądze jako parlamentarzysta właśnie po to, by służąc narodowi, był finansowo niezależny i nie zajmował się zawodowo czymś, co poddaje w wątpliwość jego obiektywizm i wyłączną lojalność wobec polskiego interesu narodowego. Te wątpliwości będą się mnożyć już zawsze i to przy każdej okazji i tego już Chruszcz nie cofnie. Raz straconą wiarygodność odzyskać jest naprawdę trudno, a właśnie coś takiego nastąpiło.

Sylwester Chruszcz nie powinien zapominać, że akces do stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego może mieć dużo dalej idące konsekwencje, niż dodatkowe środki na koncie za zaprojektowanie baz wojennych obcego państwa w Polsce. Mogą pojawić się kolejne „wymogi”, gdyby zechciał on zostać posłem także na kolejną kadencję, np. oddanie się do dyspozycji w służbie żydowskiej polityki historycznej. Niech więc najlepiej już teraz Sylwester Chruszcz przeprosi za Jedwabne – także z uwagi na tych wszystkich, którzy będą chcieli dołączyć do „zdroworozsądkowej endecji”.

Marcin Skalski

Absolwent studiów wschodnich na Uniwersytecie Warszawskim, był słuchaczem uczelni w Wilnie, we Lwowie i w Doniecku. Autor artykułów naukowych i publicystycznych z dziedziny polityki wschodniej, w tym Polaków na Kresach Wschodnich oraz części programu Ruchu Narodowego poświęconej Polakom na Ziemiach Wschodnich. Odbył liczne podróże po Europie Wschodniej, Środkowej i po Rosji.

 

 

autor:

Marcin Skalski
REKLAMA

Komentarze