REKLAMA

Komu wolno uprawiać propagandę?

Komu wolno uprawiać propagandę?

Wielokrotnie w ukazujących się w języku polskim mediach portal Sputnik jest określany jako „propagandowa tuba Kremla”. Zasadniczo nie ma co do tego określenia sporu – pod warunkiem, że będziemy się trzymać określonych zasad obowiązujących w równym stopniu wszystkich. O tym jednak będziemy rozprawiać dalej.

REKLAMA

Niedawno upłynął bowiem rok od aresztowania dr. Mateusza Piskorskiego pod zarzutami szpiegostwa. Dowody miały być przesądzające o winie aresztowanego, wszak media różniące się na co dzień linią polityczną pieczołowicie dbały o to, by wizerunek dr. Piskorskiego był obciążony określoną interpretacją jego poglądów i działań. „Prorosyjska” ponoć postawa       lidera nieformalnej, bo wciąż niezarejestrowanej w sądzie partii Zmiana, została jednoznacznie przesądzona w charakterze orzeczenia o zasługującej na ukaranie winie. Również wspomniana partia nie jest określana inaczej niż jako „jawnie prokremlowska”, z różnymi wariacjami tegoż określenia. Jedynym bodaj medium, które nie posługiwało się tym epitetem, był właśnie portal Sputnik. To, rzecz jasna, również miało kompromitować Mateusza Piskorskiego, gdyż Sputnik to „rosyjska tuba propagandowa”, zarzuty o „prorosyjskość” tym bardziej się więc uwiarygodniały, koło się zatem zamykało.

Najbardziej znany tajny szpieg

Tyle o faktach. Nie mam wiedzy, która pozwalałaby na przesądzenie, czy dr Piskorski szpiegował na rzecz Rosji, niemniej – to samo mogę powiedzieć o dziesiątkach, setkach, jeśli nie tysiącach osób. Katalog „podejrzanych” w ten sposób rozszerza się, gdy nie będziemy mówić jedynie o Rosji, ale także o innych państwach trzecich. Dopuszczalność opcji winy dr. Piskorskiego wynika jedynie z rozbioru logicznego tego zdania. Lider Zmiany równie dobrze może być szpiegiem Zimbabwe lub Gwatemali i tego też nie jestem w stanie jednoznacznie przesądzić. Mogę więc albo opierać się na insynuacjach wobec dr. Piskorskiego, albo przy braku dowodów stwierdzić, iż Mateusz Piskorski nie uprawia szpiegostwa na rzecz ww. państw.   

Wiem jednak, że „ewidentna” czy „jawna” prorosyjskość Mateusza Piskorskiego i partii Zmiana raczej utrudniają, niż ułatwiają działania szpiegowskie. Z drugiej zaś strony – skoro wszystko jest „jawne” i „ewidentne”, to czemu dr Piskorski czeka na akt oskarżenia ponad rok i doczekać się nie może?

Nie mam najmniejszego powodu, by bronić tożsamości politycznej byłego posła Samoobrony. Co więcej, jakiekolwiek zabieranie głosu w jego obronie z pozoru zupełnie mi się nie opłaca. To się jednak dopiero okaże.

Nie pierwszy raz zresztą otwarcie muszę się przyznać do znajomości z Mateuszem Piskorskim, który zrobił na mnie pozytywne wrażenie nie tylko jako człowiek o bardzo dużej wiedzy, ale też jako osoba bezpośrednia, ciekawy rozmówca, a ponadto polityk o przemyślanych poglądach. W  zasadzie od momentu zawarcia znajomości byliśmy ze sobą po imieniu.

Kontakty z Mateuszem w moim przypadku mogą i mogły mieć jednak przede wszystkim charakter towarzyski. Powód jest identyczny, jak chociażby w przypadku kontaktów z osobami z kręgów PiS-owskich, mianowicie – jako osoba o poglądach katolicko-narodowych, konserwatywnych sytuuję się na zupełnie innym biegunie niż partia Zmiana, jak i na innym niż Prawo i Sprawiedliwość, które pod płaszczykiem patriotyzmu reprezentuje tradycję prometejsko-piłsudczykowsko-KOR-owską. Ta pierwsza jednak uczciwie określa się jako lewicowa, ocenia też pozytywnie Polskę Ludową i się z tym nie kryje. Z tego właśnie powodu teoretycznie nie mam żadnego politycznego interesu w obronie Mateusza Piskorskiego i dlatego też moje kontakty z nim mogą ograniczać się głównie do sfery towarzyskiej, zaś zbieżności poglądów mają charakter okolicznościowy. Zresztą, to osobista znajomość z członkami Zmiany dała mi sposobność, by wyrażać dezaprobatę wobec włączania w polityczną orbitę tej partii takich grup jak Komunistyczna Partia Polski. Jednak jako osoba spoza Zmiany mogłem się ograniczyć jedynie do zakomunikowania swojego skrajnie negatywnego poglądu na KPP i to wszystko. Same poglądy polityczne Mateusza Piskorskiego nie przeszkadzały mi w takim samym stopniu, w jakim nie przeszkadzają mi poglądy znajomych czy przyjaciół sympatyzujących z PiS-em.

Niemniej, na gruncie politycznym to właśnie partia Zmiana i Mateusz Piskorski głosili „jawnie” to, co uważają za słuszne. Nie przypominam sobie jednak, by w ich programie znalazł się postulat wprowadzenia jakichkolwiek obcych wojsk do Polski. Prawo i Sprawiedliwość zaś odpowiada za wprowadzenie do naszego kraju wojsk amerykańskich. Podpisanie przez śp. Lecha Kaczyńskiego Traktatu Lizbońskiego rzadko kiedy określane jest mianem zdrady, mimo że anschluss Polski do Unii Europejskiej Narodu Niemieckiego stał się możliwy na mocy tego właśnie aktu. Z tego jednak PiS, dziwnym trafem, nie musi się tłumaczyć nikomu, bo odgrywa w naszym krajowym teatrze politycznym rolę „patriotów”. Nikt więc nie zadaje niewygodnych pytań, jak to możliwe, że partia posługująca się patriotycznym frazesem doprowadziła w rzeczywistości do uszczuplenia suwerenności Polski. Z perspektywy polskiego narodowca dotychczasowa krytyka partii Zmiana wygląda zatem nie tylko nierzetelnie, ale też wybiórczo. Wychodzi bowiem na to, że pozbawianie Polski niepodległości jest, oczywiście, naganne – ale pod warunkiem, że na rzecz Federacji Rosyjskiej, ale już nie Niemiec czy Stanów Zjednoczonych. Ci, którzy rzucają na lewo i prawo oskarżeniami o „prorosyjskość”, nie czynią tego zatem w trosce o niepodległy byt naszego państwa, lecz jedynie o to, by Polaków kolonizował właśnie Zachód i nikt inny.

Manipulacje historią

Partia Zmiana nigdy nie ukrywała swojego negatywnego stosunku do „Żołnierzy Wyklętych”, do którego ma oczywiście prawo. Jest to podejście bardziej uczciwe, niż to prezentowane przez PiS. Na naszych oczach dochodzi bowiem do bardzo niebezpiecznego procederu – pod pretekstem honorowania tych, którzy dla wielu są bohaterami, Polska jest zupełnie obezwładniana. Już teraz dowiadujemy się, że dziedzictwem Żołnierzy Niezłomnych jest nie program suwerennej Rzeczypospolitej, lecz McRzeczypospolitej (bardzo celne określenie autorstwa sekretarza Zmiany, T. Jankowskiego) pod kuratelą amerykańską – zamiast sowieckiej. Dba o to minister  Macierewicz, który z jednej strony oddaje hołd żołnierzom podziemia niepodległościowego, a z drugiej sprowadza tu obce wojska, nie widząc w tym żadnej sprzeczności.

Tymczasem, przypomnijmy – gdy już zostało przesądzone, że Polska straci na rzecz Sowietów połowę terytorium z Wilnem i Lwowem i że znajdzie się w sowieckiej strefie wpływów, Zachód – który się przecież na to wszystko zgodził – występował przeciwko terytorialnej rekompensacie kosztem pokonanych Niemiec na rzecz zwycięskiej formalnie Polski. Ślepe i bezkrytyczne zawierzenie własnej racji stanu podmiotom trzecim, w tym państwom zachodnim, nie ma natomiast nic wspólnego z „Żołnierzami Wyklętymi”, o ile okazywanie czci tym ostatnim ma być realnym podkreśleniem znaczenia suwerenności państwa.

Wrocław czy Szczecin zaś są dziś polskie dlatego, że zdobyła je Armia Czerwona i Wojsko Polskie formowane w ZSRR. Tu też oczywiście natrafiamy na dylemat, czy możemy być jakkolwiek „wdzięczni” Stalinowi, który przy okazji narzucił Polsce negatywnie zweryfikowany przez historię ustrój i który też nie wchodził do wojny po to, by obdarzyć Polskę jakimikolwiek terytoriami. ZSRR przecież rozpoczął walkę zbrojną z III Rzeszą w roku 1941, podczas gdy Polska już w 1939. Byliśmy pierwszym krajem, który zbrojnie postawił się Hitlerowi.

Jednak bycie pierwszym członkiem koalicji antyhitlerowskiej nie zrobiło najmniejszego wrażenia na aliantach zachodnich. Umizgi obecnego rządu warszawskiego wobec US Army są już niesmaczne same w sobie, tym bardziej jednak są haniebne, gdy różnego rodzaju „pikniki” są organizowane z udziałem amerykańskich sołdatów chociażby w dawnym Breslau, który jest dziś polskim Wrocławiem dlatego właśnie, że w 1945 został zajęty nie przez Amerykanów, ale przez armię radziecką. W tym kontekście utyskiwania, że Jankesi są w Polsce dopiero teraz, a nie przyszli 70 lat wcześniej, są głupotą, zbrodnią na racji stanu. W imię będącego głównie muzealnym eksponatem ‘antysowietyzmu’, dość zresztą wybiórczego, wprowadza się do polskiej polityki element podważający jedyny owoc naszego dość kulawego zwycięstwa nad III Rzeszą, czyli nabytki terytorialne na Zachodzie. Pozostajemy nieutuleni w żalu po stracie Wilna i Lwowa, ale państwa zachodnie były wobec tej niesprawiedliwości co najwyżej obojętne. Dziś oczywiście o polskości tych miast nie można mówić i to nie w imię pokoju – bo nikt poważny nie postuluje rewizji granic, ale w imię czołobitnej poprawności politycznej wobec Litwy i Ukrainy (opisanej znakomicie przez  Waldemara Łysiaka w jego „Alfabecie” w rozdziale pt. Vestigium). Tylko czekać, aż wzorem Gierka, wpiszemy sojusz z Litwą i Ukrainą do polskiej konstytucji, niczym kiedyś PRL wpisał do swojej sojusz z ZSRR. Podobną retorykę znamy już z bardziej odległej przeszłości. I tak, w artykule pt. „Zwyciężyliśmy” w wydawanym przez komunistów „Życiu Warszawy”, nr 127(196), z 9 maja 1945 roku czytamy:

„Pokój 1918 roku nie był dla nas pokojem […] kierownicy państwa uwikłali Polskę w wojnę na wschodzie z narodami, wyzwalającymi się z jarzma despotyzmu carskiego”.

Wielu Rosjan nie zgodzi się prawdopodobnie z negatywną oceną bezprawia, jakim było powojenne utrwalenie zdobyczy terytorialnych ZSRR kosztem Polski z czasów obowiązywania paktu Ribbentrop-Mołotow, a więc aneksji Kresów Wschodnich do sowieckiej Litwy, Białorusi i Ukrainy. W rosyjskiej historiografii można wręcz natrafić na oceny, iż władza II RP nad tymi terenami w okresie międzywojennym była nie do końca uzasadniona, była wręcz gwałtem. Ze swojej strony pozwolę sobie zgodzić się z prezydentem Władimirem Putinem, który publicznie przyznał, że przed włączeniem Lwowa do Ukrainy było to miasto polskie. Przypominam również, że pakt Ribbentrop-Mołotow uznał za nieobowiązujący już sam stalinowski Związek Radziecki w ramach układu Sikorski-Majski z 1941, akt ten potępił również ZSRR za Gorbaczowa. Są to jednak spory raczej akademickie, gdyż – o ironio – to nie Rosja jest terytorialnym beneficjentem wydarzeń, które w Polsce określane są jako sowiecka agresja z września 1939. Obecnie „polską okupację” odmieniają zaś przez wszystkie przypadki przede wszystkim nacjonaliści litewscy czy też ukraińscy. Z polskiej perspektywy ewentualna rosyjska – inna od polskiej – interpretacja historii tych ziem, nie ma dziś politycznych skutków. Dość dodać, że na Litwie mniejszość polska i mniejszość rosyjska mają dziś zbieżne interesy wobec zagrożenia litewskim szowinizmem. Podzielamy też w Polsce negatywną ocenę rozwoju nacjonalizmu ukraińskiego nad Dnieprem, choć akurat zupełnie niezależnie od poglądów władz Rosji i rosyjskiej opinii publicznej. To wszystko skłania nas do wniosku, że na terenach, o które Polska i Rosja przez wieki ze sobą rywalizowały, dziś interesy polskie i rosyjskie nie muszą być sprzeczne. To paradoks dla osób znających historię, ale tak właśnie jest.

W wyniku decyzji Stalina Polska została politycznie przesunięta na Zachód, wcześniej zaś bolszewicy utworzyli na zachodnich rubieżach dawnego Imperium Rosyjskiego narodowe republiki sowieckie. Między Polską a Rosją powstał więc obszar pasu państw z mniejszościami polską i rosyjską, gdzie Warszawa i Moskwa zamiast dotychczasowej rywalizacji, mogą i powinny współpracować. Dają nam przykład nasi – polscy i rosyjscy – rodacy na Litwie. Reżim w Wilnie śmiertelnie się zresztą tej współpracy boi, czego osobiście dowiodłem, obmyślając udaną prowokację „Wileńskiej Republiki Ludowej”, imitującą powstanie narodowowyzwoleńczego ruchu na Wileńszczyźnie, skupiającego miejscowych Polaków i Rosjan. Nadbałtyckie mocarstwo i jeden z filarów „wschodniej flanki NATO”, któremu tak nadskakuje władza w Warszawie, został rzucony na kolana głupim facebookowym fanpage’em. Wystarczyło tylko posłużyć się polsko-rosyjskim nazewnictwem, nawiązać do „zielonych ludzików” z Krymu i tzw. buntu generała Żeligowskiego. Nie biorę jednak odpowiedzialności za samo powstanie istniejącej obecnie strony, ale z samego pomysłu mogę być i jestem dumny.

Wspominam o powyższym dlatego, że w obecnej sytuacji „małżeństwo z rozsądku” ma dużo większą rację bytu niż jakiekolwiek „małżeństwa z miłości”. Polsko-rosyjskie braterstwo może zaś istnieć o tyle, o ile nie dotyczy polityki, w której takie pojęcie przecież nie występuje. W Polsce zaś niekiedy panuje zwyczaj, by osoby propagujące rewizję dotychczasowego podejścia Warszawy do Rosji tłumaczyły się zarazem z rosyjskiej polityki historycznej, która ma ponoć uniemożliwiać porozumienie. Podobny błąd popełniany jest – czego się nie zauważa – w stosunkach polsko-ukraińskich. Polscy narodowcy, w imieniu przynajmniej części których mogę się wypowiadać, wcale nie uważają, że Polska nie powinna wspierać Ukrainy w konflikcie z Rosją ze względu na kult UPA. Przeciwnie – Polska nie powinna tego robić bez względu na kult UPA na Ukrainie. Interesy Warszawy i Kijowa są wobec tego konfliktu skrajnie sprzeczne – w interesie Ukrainy jest wciągnięcie Polski do swoich sporów z Rosją za wszelką cenę, zaś w interesie Polski jest za wszelką cenę tego uniknąć. Co do kultu UPA – jeśli Kijów uzależnia stosunki z Warszawą od skrajnie negatywnej oceny Polaków wobec tej formacji, to trudno. Po prostu poszukamy sobie tzw. przyjaciół gdzie indziej i to samo będzie też musiała zrobić Ukraina.

Konieczność porozumienia czy też „resetu” polsko-rosyjskiego również uważamy za niezależną od rozbieżności w ocenie wydarzeń historycznych. Z wyjątkiem statusu pomników żołnierzy Armii Czerwonej, rosyjska elita polityczna ma do tych zagadnień stosunek pragmatyczny, niekiedy jest zdolna wykorzystywać historię instrumentalnie, nawet z pogwałceniem faktów – jeśli tylko uzna to za korzystne dla własnej racji stanu. Nie jest to zresztą wyjątek, przypomnijmy, że pod rządami PiS wysocy dygnitarze partii rządzącej obwiniali już Rosję o rzeź wołyńską, z tą jednak różnicą, że do gwałtu na prawdzie doszło wyłącznie w interesach „ukraińskiego sojusznika”.

Podobne manipulacje widzimy podczas porównania statusu stojących nielegalnie pomników banderowskich – dopiero niedawno usuwanych przez działaczy Ruchu Narodowego oraz pomników żołnierzy radzieckich. Wokół tych pierwszych roztaczane było jakieś przedziwne pole siłowe, które nie pozwalało usunąć tego kamienia obrazy z polskiej ziemi. Pomniki żołnierzy armii radzieckiej – wśród których były przecież nie tylko miliony Rosjan, ale też Ukraińców, Białorusinów czy Tatarów (polecam udać się na warszawski cmentarz przy ul. Żwirki i Wigury, by się przekonać)  – nie znajdują swojego miejsca choćby na radzieckich cmentarzach. Prezydent Putin powiedział w 2010 roku w Katyniu, że „Polska i Rosja walczyły w tej wojnie [II wojnie światowej – M.S.] po właściwej stronie”. Pozwolę sobie zmodyfikować to stwierdzenie formułą, iż to Polacy i Rosjanie walczyli po właściwej stronie – bo przeciwko hitleryzmowi. Systemy polityczne w Polsce i Rosji będziemy na przestrzeni dziejów oceniać różnie, ale sąsiednie narody pozostają na swoich miejscach bez względu na politykę, stąd też nie uważam, by w imię ‘antykomunizmu’ należało pomniki radzieckich żołnierzy po prostu niszczyć. Tym bardziej, że ‘antykomunizm’ ów zaczyna być usprawiedliwieniem dla ideologii antypolskich od korzenia. Żołnierze radzieccy zaś w swej masie nie ginęli za komunizm, także Stalin zupełnie nie liczył się z ich życiem.   

Polskość jako sekta, antyrosyjskość jako religia

Wspomniany wymóg tłumaczenia się z rosyjskiej polityki historycznej to jednak część szerszego zjawiska. O ile my, narodowcy, postrzegamy Federację Rosyjską jak każdy inny kraj, to establishment III RP jest dziedzicem kolejno nakładających się na siebie i uzupełniających się nawzajem tradycji: mesjanistycznej, insurekcyjno-romantycznej, prometejsko-piłsudczykowskiej, solidarnościowo-KOR-owskiej. Dość przypomnieć, że za czasów PRL-u obecny minister obrony narodowej Antoni Macierewicz napisał w podziemnej broszurze artykuł dotyczący polityki wschodniej wspólnie z Jackiem Kuroniem i Adamem Michnikiem pt. „Sprawa polska – sprawa rosyjska”, którzy od prawicy są tak odlegli, jak to tylko możliwe. Natomiast sam minister Macierewicz zachowuje się dokładnie tak, jakby nie zauważył, że Związku Radzieckiego już nie ma, a zimna wojna skończyła się wraz z samorozwiązaniem tegoż. Nasz dawny hegemon nieodwracalnie zszedł z areny dziejów. Obecnie zaś to nie Rosja – prawno-międzynarodowy spadkobierca statusu ZSRR, ale i jego zagranicznych długów – narzuca nam „sojusze” z Wilnem czy Kijowem na szkodliwych dla Polski warunkach.

Tu dochodzimy do kolejnej fundamentalnej różnicy między polskimi narodowcami a post-solidarnościowym establishmentem. O ile my oceniamy negatywnie PRL ze względu na to, iż było to państwo podległe obcemu mocarstwu i realizowało materialistyczną ideologię marksizmu-leninizmu, o tyle solidarnościowcy do PRL-u mają negatywny stosunek jako ideowi potomkowie XIX-wiecznych szlacheckich rewolucjonistów, którzy chcieli wywracać jeszcze carskie trony za wolność „naszą i waszą”, w imię ogólnoeuropejskiej rewolucji i postępu, w imię niesienia uciśnionym narodom demokracji i praw człowieka. Stąd właśnie jest im tak bliski romantyczny program prometejski, w którym „wschodni zamordyzm” przeciwstawiany jest idealizowanemu Zachodowi. PRL więc był zły, bo był państwem satelickim Moskwy, ale III RP jest dobra, bo realizuje podporządkowanie Polski interesom tych „właściwych”, zachodnich mocarstw. Z tej perspektywy Moskwa jest zawsze czymś w rodzaju Mordoru, ostatniego kręgu Piekła, raczej stanem ducha niż realnym bytem politycznym, jest siłą niewolącą bratnie narody Ukraińców, Białorusinów czy Litwinów, którym Polska musi pospieszyć z pomocą. Krytyka PRL-u jest więc przeprowadzana nie z pozycji konserwatywnych, katolicko-narodowych, lecz rewolucyjnych – zgodnie z przesądami i zabobonami wyznawanymi przez polską post-szlachecką (pseudo)inteligencję, ze wszystkimi tego skutkami.       

Powyższe prowadzi zresztą do wniosków i działań skrajnie dla polskiej racji stanu niebezpiecznych. Antykomunizm solidarnościowców nie polega bowiem na odrzuceniu materialistycznej ideologii przyświecającej Polsce Ludowej, lecz jest ideologią samą w sobie. Stają się oni przez to czymś w rodzaju antykomunistycznej „Antify”.

Dlatego III RP potrafiła potępić Operację „Wisła”, mimo że „władza ludowa” zachowała się wtedy akurat zgodnie z polskim interesem. Nie wszyscy też zgodzili się z prezydentem Dudą, który oddał hołd żołnierzom formowanego w ZSRR Wojska Polskiego, w dużej mierze rekrutującego się z wywiezionych na nieludzką ziemię Kresowian, zarzucając głowie państwa honorowanie „komunistów”(!) Niektórzy, jak widać, bardziej nienawidzą komunę, niż kochają Polskę, parafrazując klasyka. Tylko czekać, aż będziemy domagać się w imię „antykomunizmu” re-germanizacji Wrocławia czy Szczecina, bo ten obłęd musi konsekwentnie zmierzać w tym absurdalnym kierunku. Powinniśmy też, będąc konsekwentnymi „antykomunistami”, zwrócić Ukrainie zabrane jej przez komunistów w roku 1951 Ustrzyki Dolne, bo to kolejna „niesprawiedliwość” domagająca się naprawienia. Zresztą, i tutaj rzekomy wymóg przeciwstawiania się komunistom zawsze i wszędzie jest przestrzegany wybiórczo. Takiemu Piłsudskiemu faktyczne wsparcie „czerwonych” przeciwko „białym” w rosyjskiej wojnie domowej uszło przecież na sucho. Decyzję tę uzasadnia się w piłsudczykowskiej propagandzie argumentem, jakoby biała Rosja nie uznawała niepodległości Polski. Hagiografowie Marszałka muszą więc przyznać, że entuzjastami polskiej niepodległości byli bolszewicy, czyli – nie przymierzając – „ruscy” koloru czerwonego. Tymczasem, jak pisze chociażby Adolf Juzwenko, na przykład admirał Kołczak niepodległość Polski uznawał, kwestią otwartą były jedynie granice. Podobnież formalną niepodległość Polski uznawali bolszewicy i to w podobnych granicach, przy czym „biali” nie aplikowali nam komunizmu. Mimo tych faktów Piłsudski jest w Polsce bohaterem narodowym i to jako „antykomunista” właśnie. Obłęd.

Oczywiście, w tym doprowadzonym do obsesji pseudo-antykomunizmie, który w roku 2017 ma postać czynnego występowania przeciwko „agresywnej polityce Rosji” (a więc ZSRR, bo dla solidarnościowców-prometeistów to jedno i to samo), nikt nawet nie zająknie się, że Krym wchodził w skład Ukrainy tylko i wyłącznie w wyniku administracyjnej decyzji Kremla. Z kolei historyczne rosyjskie prawa do półwyspu podważane są „argumentem tatarskim” – jakoby to Tatarzy, a nie Rosjanie byli jego prawowitymi gospodarzami. Ten pseudo-argument stosowany jest oczywiście zamiennie z nazywaniem Rosjan „azjatycką dziczą”, mimo że kryteria tejże dziczy spełniali na przestrzeni wieków właśnie krymscy Tatarzy, których chociażby nasz hetman Koniecpolski uważał na Krymie za jeszcze większych wrogów, niż Moskali. Tymczasem, solidarnościowcy-prometeiści, tak wrażliwi na los narodów skrzywdzonych przez Moskwę, rozczulają się nad wypędzanymi z Krymu Tatarami, nie zająknęli się jednak chociażby nad krzywdą Polaków wypędzonych ze Lwowa.

Dość dodać, że o ile Rosja ma przepraszać za sowieckie zbrodnie, to już Ukraina nie musi przepraszać za Chruszczowa, za pochodzącego z Jekaterynosławia (obecnie miasto  Dnipro na Ukrainie) Breżniewa, za urodzonego w ukraińskim Chersoniu szefa GUŁagu w latach 1941-47 Nasiedkina, za Woroszyłowa urodzonego w „odwiecznie ukraińskim” Ługańsku, nie musi przepraszać za zbrodnie kijowskiego czy charkowskiego NKWD, bo również i tam mordowano oficerów i urzędników zabijanych na mocy katyńskiego rozkazu Stalina. Jako Polak, ale też krewny dwóch ofiar katyńskich, Stanisława Skalskiego i Tadeusza Skalskiego, dwóch braci mojego dziadka, podoficerów Policji Państwowej, czuję zażenowanie, gdy widzę instrumentalny stosunek polskich władz do ofiar sowieckich mordów na Polakach. Mam wrażenie, że służą one ugodzeniu konkretnego kraju, na punkcie którego solidarnościowe  elity mają obsesję, a nie godnemu uczczeniu ofiar jako wartości samej w sobie. O ile wiem, Rosja uznaje odpowiedzialność NKWD za mord katyński, który u nas jest interpretowany jako „ludobójstwo”. To ostatnie jednak musiałoby być dokonywane z pobudek narodowych, a nie klasowych, więc pod względem tego kryterium zbrodnia katyńska ludobójstwem nie była, ale już Operacja Polska NKWD z 1937 roku – jak najbardziej. To pokazuje, że klasyfikacji danej zbrodni to tak naprawdę jurydyczny detal – o ile oczywiście wszyscy się zgadzają co do moralnej oceny sprawców i motywów. Tego elementu bez wątpienia brakuje w ocenie Wołynia w stosunkach polsko-ukraińskich, które mimo braku tego fundamentalnego czynnika nadal są ponoć „dobrosąsiedzkie” – mimo że strona ukraińska wzięła ostatnio w charakterze zakładnika kości pomordowanych na Wołyniu Polaków, nie zgadzając się na ich ekshumacje.  

Zbrodnia katyńska z kolei – a konkretniej: prawda o niej, zamiast służyć poszukiwaniu wspólnej płaszczyzny spotkań Polaków i Rosjan, jest wykorzystywana głównie jako narzędzie jątrzenia przeciwko Federacji Rosyjskiej, będąc instrumentem zgoła politycznym. Prawda o Katyniu zaś polega przede wszystkim na tym, że jest to wspólne miejsce kaźni Polaków i Rosjan, którzy w obliczu sowieckiego totalitaryzmu ginęli tam jako „wrogowie klasowi” ówczesnego reżimu. W obliczu dramatu śmierci, gdy ofiary przestają być już Polakami czy Rosjanami, a stają się opłakiwanymi wspólnie męczennikami, możemy wyznać prawdę o komunizmie, który tak bardzo skrzywdził nasze narody. Myślę, że tego typu terapia jest potrzebna nie tylko nam, ale także samym Rosjanom. O dziwo, zwracał na to uwagę w niewygłoszonym przemówieniu śp. prezydent Kaczyński, którego śmierć zwykli Rosjanie też przecież opłakiwali. Tymczasem, w wywiadzie dla portalu wPolityce.pl, odgrywający rolę „eksperta ds. międzynarodowych” Jarosław Guzy próbuje przy okazji tematu Wołynia egzaminować środowiska narodowe z domagania się „prawdy o Katyniu”. A gdzieś ty, człowieku, był, gdy III RP zamiatała pod dywan sprawę Wołynia, że rościsz sobie prawo do przeprowadzania tego typu rozliczeń? O Katyniu wiemy dokładnie to, o czym mówiono jeszcze za komuny, czyli jest to zbrodnia, za którą odpowiada sowieckie NKWD, przyznały to władze Rosji, w tym prezydent Putin. Co jeszcze mamy wiedzieć na ten temat?  Zapewne wielu rzeczy jeszcze nie wiemy, ale to i tak więcej, niż chociażby stan naszej wiedzy o śmierci gen. Sikorskiego na Gibraltarze, której kulisy Brytyjczycy skrzętnie przed Polakami ukrywają. Natomiast osobom pokroju Guzego nie ma się z czego tłumaczyć, bo nie jest to człowiek działający w dobrej wierze. Kropka.

Kto ma prawo być sędzią?

Rozważania, które ukazały się powyżej, nie mają być jakąkolwiek asekuracją, gdyby komuś przyszło do głowy zarzucanie niżej podpisanemu „prorosyjskości”. Mniejsza o nazwy i określenia, najważniejsze, by konkretne poglądy zostały dokładnie zrelacjonowane. Pozwala to też na uniknięcie pułapki, którą zastawia na wszelkich prawdziwych antysystemowców establishment III RP. Wiele osób, nie podzielających obecnego kursu polityki zagranicznej polskiego rządu, nierzadko zastrzega przy okazji ujawniania swoich poglądów, że – broń Boże – nie są prorosyjscy. Oznacza to, że przegrali już na starcie.

Odnoszenie się do kryteriów wyznaczanych przez solidarnościowo-prometejski establishment jest tak naprawdę kręceniem się w kółko, nie jest za to podważaniem meta-politycznej narracji tego środowiska, które okupuje polską scenę polityczną. Już na starcie pozwala im zaś na zajęcie wygodnej pozycji prokuratora i sędziego zarazem – czyli zgodnie z ich rewolucyjną logiką. To oni będą oceniać, kto może, a kto nie może wypowiadać się o sprawach polskiej polityki zagranicznej, w tym o stosunkach polsko-rosyjskich.

Osobiście uważam, że nie można pozwolić tym kręgom dawać się egzaminować z patriotyzmu na okoliczność „jedynie słusznego” stosunku do Rosji. Ktoś wreszcie musi położyć temu kres, inaczej wciąż będziemy mieszkali w domu wariatów, jakim powoli staje się Polska. Jako polski patriota zupełnie świadomie zamierzam być „prorosyjskim” właśnie tak, jak wyobraża to sobie obóz prometejski. Dość zresztą mieliśmy w swoich dziejach takich właśnie „prorosyjskich” postaci, którym historia przyznała rację, z Aleksandrem margrabią Wielopolskim czy Romanem Dmowskim na czele. Sam ośmielam się twierdzić, że post-solidarnościowy establishment tak naprawdę jedynie nazywa polskim patriotyzmem swoje własne przesądy i obsesje, których obiektem jest właśnie Rosja, także ta współczesna – „putinowska” i „neo-imperialna”. Ich tożsamość ideowa to tak naprawdę rewolucyjna, prometejska misja niesienia „wolności” na Wschód przeciwko wymyślonemu we własnej wyobraźni rosyjskiemu niedźwiedziowi. Do tego właśnie jest im potrzebna Polska – i do niczego więcej. W wulgarnej postaci objawia się to dojeniem polskiego podatnika w imię tego typu mrzonek przez telewizję Biełsat, której kierownikiem jest p. Romaszewska-Guzy, prywatnie żona wspomnianego wcześniej Jarosława Guzego. Stąd też wszyscy, którzy ośmielają się podważyć racje tego środowiska, są nazywani „prorosyjskimi”. Uderza się bowiem w samo serce ich światopoglądu, podważa wręcz sens ich ideowego bytowania – dlatego w odpowiedzi mają zawsze „argument ostateczny”, nigdy zaś – merytorycznej argumentacji. W ostateczności zamiast narodem polskim, z obowiązkami odnoszącymi się do własnej wspólnoty narodowej, stajemy się „narodem” antyrosyjskim. Jeśli litewski szowinizm zagrażający Polakom na Wileńszczyźnie czy też banderyzm na Ukrainie, którego Polacy doświadczyli w latach ’40, są antyrosyjskie, to od razu znajdują rozgrzeszenie w polskich „elitach” politycznych. Byłoby tak nadal, gdyby nie szczególna mobilizacja środowisk kresowych i narodowych które powiedziały wreszcie non possumus.

W przypadku Białorusi mamy z kolei do czynienia z tak zaawansowanym i daleko posuniętym utożsamieniem „zamordyzmu” z Rosją, że prezydent Łukaszenko – bez względu na aktualny stan stosunków białorusko-rosyjskich – zawsze jest określany jako marionetka Kremla, mimo że wobec Moskwy prowadzi przecież własną grę. Sam fakt, że Białoruś jest zamieszkiwana przez ludność, która całkowicie dobrowolnie nie uważa rosyjskiej kultury i języka za obce, jest zupełnie nie do przyjęcia przez solidarnościowo-prometejski establishment w Polsce. Ten ostatni, zawzięty w swym poczuciu „misji dziejowej”, nie przyjmuje do wiadomości żadnych faktów sprzecznych z jego wyobrażeniami. Dokładnie ten sam mechanizm działa odnośnie do Donbasu czy Krymu – nikt nie zastanawia się, czy aby przypadkiem miejscowa ludność nie jest prorosyjska z własnej nieprzymuszonej woli. W przypadku Białorusi misja „demokratyzacji” mogłaby się skończyć po prostu przyłączeniem tego kraju do Rosji na prawach autonomii, ale kto powiedział, że stronnictwo giedroyciowskie, prometejskie jest w stanie przewidzieć skutki własnych działań?

Dmowski pisał, że obwinianie Rosjan czy Niemców wywołuje w nim wstręt i domyślam się, dlaczego. Nadawanie stosunkom między narodami jakichś uniwersalnych kryteriów moralnych, których jakoby nie spełniają Niemcy, a Rosjanie już w szczególności, to sposób rekompensaty za utratę potężnego w swoim czasie państwa, głównie z własnej winy. Wprawdzie przegraliśmy historyczną rywalizację z Rosją o panowanie nad Europą Wschodnią, ale Moskale mieli posuwać się do nikczemnych metod, które „moralnym” Polakom nie przystoją. Zamiast z godnością przyjąć porażkę, wyciągnąć z niej wnioski i spróbować odwrócić przez kolejne dziesięciolecia i stulecia jej skutki, mamy do innych pretensje, że ośmielili się wykorzystać swego czasu naszą słabość. Paradoksem jest, że bolszewicy, tworząc republikę ukraińską i białoruską, pozbawili Rosję owoców historycznego zwycięstwa nad Rzeczpospolitą i że dziś nie mamy z Moskwą sporów o terytorium. Tylko poczucie „moralnej wyższości” nad Moskalami nie pozwala nam dojść do wniosku, że charakter naszych wzajemnych stosunków zasadniczo się zmienił i nie jesteśmy skazani na wrogość – choć stosunki te pozostaną niełatwe. Jakiekolwiek konszachty z Moskwą mają być przecież sprzeniewierzeniem się swoiście rozumianej polskiej tożsamości. Realną alternatywą dla tejże jest po prostu dopuszczenie możliwości ułożenia się z każdym, o ile ma się to opłacić Polsce, nie wykluczając Federacji Rosyjskiej. Z kolei pojęcie polskiego interesu narodowego jest przeciwstawne romantycznym mrzonkom, które zazwyczaj przynoszą opłakane skutki.     

Tryumf ignorancji

W kwestii rosyjskiej można zresztą powiedzieć dosłownie każdą głupotę, dominuje kompletna schizofrenia i obnoszenie się z podwójnymi standardami bez żadnego skrępowania. Polscy „antykomuniści” okazują się bowiem przywiązani do granic narzuconych narodom przez bolszewików, oczywiście wszystko w imię „integralności terytorialnej”. Do tej ostatniej nie ma prawa jedynie Rosja, stąd popieranie „wolnej Czeczenii”, która niechybnie przepoczwarzyłaby się w kaukaski kalifat, protoplastę dzisiejszego ISIS. Dziś zresztą spośród czeczeńskich azylantów w Polsce mają rekrutować się ochotnicy do działalności islamskich terrorystów w naszym kraju. A przecież ktoś ich do Polski w imię konkretnych założeń politycznych sprowadził i ktoś powinien ponieść tego konsekwencje. Jednym z animatorów sprowadzania Czeczenów do Polski jest chociażby „legendarny opozycjonista” Adam Borowski, który aktualnie pełni specyficzną rolę Frasyniuka PiS-u – jako że Frasyniuk oryginalny też jest „legendarnym opozycjonistą”, z tym że hołubionym akurat w konkurencyjnych kręgach KOD-u.

A więc – precz z „legendarnymi opozycjonistami”!

Ale co wolno Czeczenom, tego nie wolno takim Abchazom i Osetyńcom. Jedna z posłanek PiS, obnosząca się zażyłymi kontaktami z ukraińskim batalionem „Ajdar”, posunęła się nawet do nazwania tych narodów „tzw. Abchazami” i „tzw. Osetyńcami”, dając dowód swojej ignorancji i zuchwałego doprawdy lekceważenia tych grup etnicznych. Z kolei inny polityk PiS, Stanisław Pięta, popisuje się na Twitterze – gdzie określa się jako „konserwatysta i antykomunista” – swoim rzekomym znawstwem Rosji. Grając na emocjach, pisze on chociażby, iż Moskwa (Rosja) zawsze próbowała niszczyć katolicyzm. Jeśli fakty nie pasują do teorii Stanisława Pięty, tym gorzej dla faktów. Warto przypomnieć chociażby, że po kasacie zakonu jezuitów zakonnicy ci zostali przyjęci do Rosji przez carycę Katarzynę Wielką (tę samą, którą Gruzini poprosili o protekcję w obronie przed Turcją i Persją), choć oczywiście w różnych intencjach. Nie trzeba być entuzjastą tej władczyni Rosji, ale tego typu kłamliwe uogólnienia trzeba zdecydowanie piętnować. Bowiem „fałszywa historia jest mistrzem fałszywej polityki”, jak pisał Szujski.

Przemysław Żurawski vel Grajewski upatruje z kolei w stronie „Wileńska Republika Ludowa” prowokacji moskiewskiej z uwagi na człon „ludowa” w nazwie, która kojarzy mu się z Moskwą (tekst o mocnym tytule – „Targowickie republiki ludowe”). Dość wspomnieć, że krótkotrwałym sojusznikiem Polski była w 1920 roku Ukraińska Republika LUDOWA, sami Ukraińcy do dziś zaś odwołują się do tradycji tej państwowości, w zachodnich obwodach zaś – do Zachodnioukraińskiej Republiki LUDOWEJ (tej, z którą walczyły Orlęta Lwowskie). Z kolei w innym artykule Ż vel G, odmawiając Rosji historycznych praw do Krymu, odwoływał się do casusu Tatarskiej Republiki… Ludowej. Kwestię oceny wiarygodności tego „znawcy” można pozostawić bez komentarza, do tego jeszcze wrócimy.  

Bij bolszewika?

Na przykładzie polskich „antykomunistów” można też sformułować tezę o istnieniu dwóch rodzajów komunistów. Są to komuniści i antykomuniści. Właśnie w imię antykomunizmu / antyrosyjskości obrońcy „wartości zachodnich” – stawianych w opozycji do „rosyjskiego barbarzyństwa”, są gotowi zastosować najgorsze wzorce bolszewickie. Tacy jak Jerzy Targalski sugerują wręcz na stronie Fronda.pl, by państwo polskie stworzyło portal wyśmiewający wizerunek niebłagonadiożnych osób, których poglądy na Rosję są jakoby niewłaściwe. Można więc stwierdzić, że człowiek może wyjść z PZPR, ale PZPR nie wyjdzie z człowieka nigdy – mimo że Targalski udzielał się potem w opozycji.

Inną przywarą naszych rodzimych rewolucjonistów jest – obok braku szacunku dla faktów i korzystania z wzorców ideologii deklaratywnie dla nich wrogiej – nieprzestrzeganie standardów właściwych Cywilizacji Łacińskiej, będącej właśnie dla umierającego skądinąd świata Zachodu konstytutywną. „Ruskim agentem” można zostać na podstawie zupełnie bezpodstawnych pomówień bądź na mocy prezentowania innego spojrzenia na polską politykę zagraniczną. Dialektyka polskich dziejów ma iść w określonym kierunku, którego zwieńczeniem jest atlantyzm i bezmyślne podporządkowanie się Zachodowi, a rewidowanie tego założenia jest obecnie czymś w rodzaju „działalności kontrrewolucyjnej” w stalinowskim ZSRR. Dla takich nie ma żadnej litości. Na nic nie zdadzą się tłumaczenia, że polska opcja anty-okcydentalna nie jest automatycznie opcją prorosyjską. W rewolucyjnej logice nie ma wszak miejsca na niuanse.

Rosja jako uzasadnienie istnienia Polski

Moralną osnową i uzasadnieniem dla tego typu działań jest konieczność utworzenia jednolitego i nie znającego słowa sprzeciwu frontu przeciwko odwiecznemu „zagrożeniu rosyjskiemu”. Niekiedy można wręcz odnieść wrażenie, że opór wobec tego jest wręcz sednem, istotą polskiej tożsamości narodowej. „Niektórzy Polacy bardziej nienawidzą Rosji, niż kochają Polskę”, tym razem Pan Roman już bez parafrazy. Podobnież przedstawia się sprawa Smoleńska, który poza tragedią domagającą się wyjaśnienia, staje się narzędziem sankcjonowania kultu zmarłego prezydenta. Jak już wiemy ze słów Antoniego Macierewicza, Lech Kaczyński „poległ w obronie Rzeczypospolitej”. Przypuszczalnie skonstatowanie pochodzącego z rzeczywistości alternatywnej faktu obrony Rzeczypospolitej podczas lotu do Smoleńska wychodzi naprzeciw potrzebie cyklicznego przelewania polskiej krwi w wymierzonych w Rosję insurekcjach jako realizacji posłannictwa dziejowego Polaków, które przyniosło sprawie polskiej tyle szkód w historii. Jeżeli ktoś myślał, że chodzi tu o dojście do ustalenia przyczyn tej katastrofy, to teraz już wie, że grubo się mylił. A jeśli Rosja jednak nie zamordowała jednak polskiego prezydenta – to tym gorzej dla Rosji. Ta ostatnia, jeśli ma w ogóle jakiejkolwiek prawo do istnienia, to tylko wtedy, gdy będzie uwiarygodniać polski mesjanizm i męczeństwo. Sensem istnienia Polski staje się zatem „dawanie świadectwa” światu na temat agresywnej, putinowskiej, neo-imperialnej (etc., etc.) Rosji.

Ze znanych sobie przyczyn Rosja nie chce jednak oddać wraku, więc minister Macierewicz staje się mimowolnie beneficjentem tej sytuacji, która pozwala na mnożenie rozmaitych podejrzeń. Publiczne ujawnianie tych ostatnich tylko utwierdza Moskwę w przekonaniu, że wraku nie ma co oddawać po dobroci, koło się więc zamyka. W takiej sytuacji pozostaje wysłać do Rosji ekspertów i śledczych, aby już za kadencji „patriotycznego” PiS-u badali wrak dzień i noc, najlepiej wespół ze stroną rosyjską, by śledztwo zostało zakończone, a Moskwa pozbawiona w ten sposób pretekstu do przetrzymywania wraku. Wnioski jednak mogłyby zaszkodzić kultowi Lecha Kaczyńskiego jako męczennika, więc pozostajemy wciąż w miejscu, a nawet cofamy się. Przypomnijmy bowiem inne słowa ministra:

„NATO jest jedynym sposobem powstrzymania agresji rosyjskiej, której kolejne etapy od 2008 roku były symbolizowane takimi dramatycznymi wydarzeniami jak agresja na Gruzję w 2008 r., jak tragedia smoleńska w 2010 r., w której poległo 2 prezydentów RP i całe dowództwo, jak wreszcie agresja na Ukrainę” – mówił Macierewicz w lutym tego roku.

Stosunek do Piskorskiego jako probierz patriotyzmu

Inną sprawą jest odmawianie Rosji już nie tylko jakichkolwiek racji, ale też w ogóle prawa do bycia wysłuchiwaną. Wojna w Donbasie i przyłączenie Krymu zostały poprzedzone zbrojnym zamachem stanu w Kijowie – i to są fakty, z których każdy może wyciągnąć dowolne już wnioski. W 2008 roku to Gruzja rozpoczęła jako pierwsza działania zbrojne, usiłując zająć prowincje zamieszkane przed ludność niegruzińską. Zresztą, jakakolwiek próba dochodzenia złożonych przyczyn zjawisk zachodzących na obszarze post-sowieckim, innych niż „rosyjska agresja”, spotyka się z natychmiastowym jazgotem.   

Sam będąc w Rosji na zaproszenie Rosyjsko-Polskiego Centrum Dialogu i Porozumienia nie zrobiłem nic, co godziłoby w polską rację stanu. Co więcej, z p. Jurijem Bondarenko, szefem Centrum, przeprowadziłem dwa wywiady, zadając pytania nie omijające ważnych, ale drażliwych zarazem kwestii we wzajemnych stosunkach. Mimo tego postawiono mnie w sytuacji, w której muszę się z czegokolwiek tłumaczyć, pod pretekstem chociażby, że zaproszono także członków Zmiany – mimo że to nie ja byłem stroną zapraszającą i listy gości nie układałem.

Niemniej, gdybym miał teraz decydować, to pojechałbym do Rosji jeszcze raz i to bez względu na obecność działaczy partii Zmiana. Odpowiedzialność zbiorowa to cecha ustroju słusznie minionego, zatem nie widzę powodu, by publicznie kajać się za pobyt w nieodpowiednim rzekomo towarzystwie. Tym bardziej, że nie chodzi o obecność członków Zmiany lub jej brak, lecz w ogóle o sam sens utrzymywania dialogu ze stroną rosyjską. Otóż, takiej satysfakcji nie zamierzam nikomu dawać, bo i nie muszę się z niczego tłumaczyć. Wprawdzie po jednym z takich wyjazdów z powodów wizerunkowych, z uwagi na obecność Mateusza Piskorskiego, musiałem rozstać się z redakcją Kresów.pl, niemniej – odrzuciłem ofertę posypania głowy popiołem i powrotu do jej składu jako pełnoprawny członek, zadowalając się pozycją publikującego na łamach portalu niezależnego autora. W pewnym momencie jednak formuła publicysty określonego medium musiała się wyczerpać. Dziś każą się nam odcinać od Piskorskiego, jutro będą egzaminować nas z opacznie rozumianego patriotyzmu, a na to nie można się pod żadnym pozorem zgodzić. Zdarzyło mi się zresztą opublikować tekst chociażby w schodzącym obecnie na psy tygodniku „Do Rzeczy”, z którego zresztą jestem po dziś dzień dumny, ale z perspektywy czasu i nowych okoliczności widać, iż do roli publicysty nie ma się co nadmiernie przywiązywać. Zawsze jest to tylko środek osiągania celu, a nie cel sam w sobie – tym bardziej, że pewne tezy publicystyczne jednak zdołały się przebić do dyskursu i funkcjonują już niezależnie od niżej podpisanego autora, chociażby trwałe naświetlenie antypolskich poglądów i postawy Agnieszki Romaszewskiej, Żurawskiego vel Grajewskiego, Pawła Kowala czy Wildsteina i przedstawienie własnej alternatywy dla tychże. Czyż można mieć większą satysfakcję, niż psując im szyki jako „ruski agent”?

Niedopuszczalne jest bowiem, że należy w polskim dyskursie rozwiewać wszelkie istniejące i potencjalne wątpliwości co do insynuacji i podejrzeń o sympatyzowanie z Rosją, natomiast z niczego nie musi się tłumaczyć redaktor naczelny „Gazety Polskiej” Tomasz Sakiewicz, który wedle różnych źródeł otrzymał order od ukraińskiej bezpieki bądź tamtejszej Narodowej Rady Bezpieczeństwa i Obrony. Dla niektórych wciąż mimo wszystko autorytetem jest Przemysław Żurawski vel Grajewski, który ma na koncie chociażby nazwanie Kresowian „głupcami”, gdy bronił szefa Związku Ukraińców w Polsce, Petro Tymę – skądinąd, negacjonistę wołyńskiego, który niedawno groził Polakom powtórką z ludobójstwa. To właśnie tego typu osobniki oczekują, że będą orzekać o prawie do zabierania głosu w sprawach międzynarodowych, tymczasem ludziom ich pokroju nie powinno się nawet podawać ręki.

Podobnie należy odrzucić kryterium polskiego patriotyzmu w postaci uznawania praw Ukrainy do Krymu. Jako Polakowi jest mi to zupełnie obojętne bez względu na historyczne prawa Rosji do półwyspu, większe zresztą niż prawo Ukrainy. Jeśli jednak ktoś ma ochotę o niego walczyć z rosyjską armią, to nie ma przeszkód, by na własną odpowiedzialność to zrobił. Co najmniej takie samo prawo miał Mateusz Piskorski, by obserwować referendum na Krymie. Dla mnie, jako narodowca, stosunek Piskorskiego do tej sprawy ma znaczenie trzeciorzędne w sytuacji, gdy Polsce zagraża dziś przede wszystkim marksizm kulturowy, zamach na nasze wartości, którego egzemplifikacją jest chociażby niesławna „Klątwa”. Fundamentalnie nie zgadzam się z sentymentem partii Zmiana wobec PRL-u – niekiedy siermiężnym, niekiedy przaśnym. Niemniej, ugrupowanie to nie atakuje Kościoła, nie postuluje liberalizacji ustawodawstwa dotyczącego sfery obyczajowej i to właśnie takie kwestie powinny mieć dla każdego prawdziwego konserwatysty znaczenie kluczowe, a nie stosunek do politycznego statusu niezwiązanego z Polską w żaden sposób półwyspu. W przypadku partii Razem i „lewicy”, mającej obsesję na punkcie mordowania nienarodzonych dzieci i „praw” osób LGBT, nie znajduję z kolei żadnych punktów stycznych i to właśnie tego typu ugrupowania uznać należy za zagrożenie, a nie Zmianę. Różny stosunek do okresu 1944-89 (a może raczej 1956-89, gdy marksizm-leninizm się stopniowo „polonizował”, osobiście nie znam żadnych entuzjastów okresu stalinizmu) w historii Polski to zresztą spór coraz bardziej akademicki i teoretyczny. Polsce w roku 2017 nie zagraża bowiem żaden komunizm, np. kolektywizacja czy zniesienie własności prywatnej. Piszę to jako osoba, która w roku 2013 czynnie sprzeciwiała się fetowaniu w Sejmie gen. Wojciecha Jaruzelskiego podczas jednej z manifestacji narodowców. Zresztą, symboliczni zwycięzcy nad obozem Jaruzelskiego, czyli elity „Solidarności” (nie mylić ze zwykłymi ludźmi w tym ruchu), niekiedy wcale nie okazywali się ulepieni z lepszej niż on gliny.

Przede wszystkim jednak – osobiście tak długo, jak będę miał taką możliwość, nie ustanę w wysiłkach przekonywania na każdy możliwy sposób, by pod żadnym pozorem nie pozwolić wciągnąć polskiej młodzieży w nie nasz konflikt pod pretekstem odpierania „rosyjskiej agresji”. Uważam, że patriotyzm polski na elementarnym poziomie polega na oszczędzaniu polskiej krwi, tyle razy przecież przelewanej na darmo i za obce interesy.

O Rosji na trzeźwo i bez emocji

Co do Mateusza Piskorskiego – bez względu na wszystkie ideowe różnice był on dokładnie tego samego zdania i kategorycznie sprzeciwiał się uczynieniu z Polaków mięsa armatniego w imię „wschodniej flanki”. Osobiście sądzę, że robił to na swój sposób jako patriota, ale niezależnie od motywów uważam, że w tym akurat względzie miał i ma on nadal rację. Pamiętajmy, że mimo aresztu wydobywczego i niedawnego pobicia przez funkcjonariusza ABW nie przyznał się on do żadnej „winy”, więc zakładam, że poglądów również nie zmienił. Na obecnym etapie – przynajmniej w tej konkretnej kwestii – jest mi z Mateuszem Piskorskim po drodze. Nie czuję się zagrożony przez Rosję, choć jej nie lekceważę i uważam za wskazane przeciwstawianie się jej tam, gdzie nasze interesy są sprzeczne.  

W polskim sektorze energetycznym Rosja na pewno upatruje swoje strategiczne interesy, będzie więc przeciwdziałać interesom polskim. Jest to zupełnie naturalne, tak jak i to, że zależy jej na narzuceniu Polsce jak najwyższych cen za gaz. Nie dopatruję się w tym jednak aktu wrogości, a jedynie zdrowe zabieganie o własną rację stanu przez Federację Rosyjską. Możemy się spodziewać jakiejś formy dywersji wobec realizacji planu przekopu Mierzei Wiślanej, zapewne uzasadnianej względami ochrony środowiska. Niewykluczone, że stosownej argumentacji dostarczy sam portal Sputnik, wspominany na początku. Nie zamierzam mieć o to pretensji, gdyż jako Rosjanin robiłbym dokładnie to samo. Niekiedy zresztą Polska na własne życzenie nie pozostawia Rosji wyboru – tak było przy okazji projektu gazociągu Jamał-2, który omijał Ukrainę. Z tego powodu Polska odrzuciła propozycję wzrostu znaczenia jako kraj tranzytowy rosyjskiego gazu, czego efektem jest Gazociąg Północny, nie leżący przecież w interesie Polski.

Monopol na propagandę

Wróćmy jeszcze do innej kwestii poruszonej na początku. Polski ściek medialny zdaje się sugerować, że ukazujące się w języku polskim portale dzielą się na te prawdomówne oraz na Sputnik, który ma być wszakże „tubą propagandową Kremla”. Tymczasem, z wielką chęcią poznam przykład medium, które nie uprawia propagandy. Póki co, sam takowego nie znajduję, ponieważ propagandę uprawiają wszyscy. Okazuje się jednak, że propaganda dzielić się ma na „słuszną” i „niesłuszną”.

Gdyby Leninowi przyszło żyć w dzisiejszych czasach, to pisałby najpewniej o „organizatorskiej funkcji portali”, tak jak opisywał ówczesną prasę. Zawsze chodzi jednak o to samo – masowe media są narzędziem mobilizacji politycznej, organizowania zbiorowych emocji, a przy okazji informowania, oczywiście, w „odpowiednim” tonie, czyli duraczenia. Nic się od tamtej pory nie zmieniło, poza narzędziami samej propagandy. Początki prasy to przecież biuletyny partyjne, z jawną agitacją polityczną. To samo musi się tyczyć portali internetowych i ogólnie internetu. Nasi spece od Rosji postrzegają za przejaw „wojny informacyjnej Kremla” pluralizm opinii w sieci, zapominając, że do wojny trzeba przynajmniej dwóch stron wojujących. Nie wiem, jakie korzyści mają oni z opowiedzenia się po stronie antykremlowskiej; wiem jednak, że Polska na ogół nie jest tej wojny stroną. Nie utożsamiam się z interesami szeroko rozumianego Zachodu i jako Polak mam do tego pełne prawo, przynajmniej we własnym kraju.

Mateusz Piskorski, o ile wiem, jest z kolei przetrzymywany w areszcie pod zarzutem prowadzenia „wojny informacyjnej” i „manipulowania opinią publiczną”. Bezsens tych zarzutów polega na tym, że można je postawić właściwie każdemu uczestnikowi dyskursu publicznego. Same kampanie wyborcze są „wojną informacyjną” jednej partii przeciwko innym, ich przebieg reguluje prawo, zaś ewentualnym rozjemcą są sądy. Ten brutalny spór odbywa się wedle reguł, które muszą respektować wszyscy. Wobec napiętnowanego zawczasu Piskorskiego nie obowiązują jednak żadne reguły.

Mea culpa

Przykład solidarnościowców z lat ‘80 poucza nas jednak, że od internowania w ośrodkach odosobnienia do przejęcia władzy jest niedaleka droga. Mateusz Piskorski jest więc o kilka kroków bliżej do tego politycznego celu, niż narodowcy, nad czym – przy całej sympatii do Mateusza – muszę ubolewać. Nie podzielam bowiem szeregu jego poglądów i nie chciałbym, by wcielał je w życie.

Niniejszym publicznie przyznaję się więc do „szpiegowania” na rzecz Rosji w takim samym stopniu i postaci, jak czynił to Mateusz Piskorski. Przyznaję się też do prowadzenia „wojny informacyjnej”, „manipulowania opinią publiczną” oraz awansem do wszystkiego, co spłodzi w ewentualnym akcie oskarżenia tzw. niezależna prokuratura odnośnie do lidera Zmiany. Jeśli przejęcie władzy przez narodowców ma być okupione więźniem politycznym, to może warto? Perspektywa pociągnięcia do odpowiedzialności V kolumny USA i Unii Europejskiej w Polsce jest wystarczająco kusząca, by znosić trud pozostawania w areszcie. Teraz widzą Państwo, jaki jest konkretnie interes w obronie dr. Piskorskiego, czekam więc na konkretne działania ABW wobec mojej skromnej osoby. Powodów dostarczyłem już chyba wystarczająco wiele.

autor:

Marcin Skalski
REKLAMA

Komentarze