REKLAMA

[OPINIA] Skalski: Wirus łukaszenkofilii

REKLAMA

Andżelika Borys może błądzić, podejmować złe wybory i upatrywać sojuszników polskiej sprawy na Białorusi nie tam, gdzie trzeba. Nie zmienia to faktu, że solidarność z nią jest obowiązkiem każdego Polaka traktującego poważnie własny naród. Zarzuty, iż to ona sama sprowokowała represje wobec Polaków na Białorusi, w tym przeciwko sobie samej, są przy okazji całkowicie nieuczciwą próbą ocieplania wizerunku Aleksandra Łukaszenki.

Kozioł ofiarny

Tymczasem grupa ludzi, która upatruje winę w represjach Polaków na Białorusi u samych represjonowanych, nawet nie zdaje sobie sprawy, że działa wedle schematu będącego jednym z najbardziej pierwotnych zachowań zbiorowości ludzkich. Usprawiedliwiając zatrzymanie Andżeliki Borys zarzutami o niedoszłe obalenie prezydenta Białorusi, łukaszenkofile idealnie wpisują się w model składania ofiary z niepożądanego członka wspólnoty. Gdyby bowiem nie Andżelika Borys – mawiają łukaszenkofile – to Polska i Białoruś nie miałyby sprzecznych interesów, co oczywiście korzystnie wpłynęłoby na sytuację tamtejszych Polaków. „Obiektywnie” wszak w interesie Łukaszenki są dobre stosunki z Polską, czemu więc miałby nie chcieć przepadać za Polakami?

Zarazem szefowa nieuznawanego przez tamtejsze władze Związku Polaków na Białorusi obciążana jest szeregiem przywar, które w zamyśle autorów takiego jej wizerunku mają uzasadnić wykluczenie jej ze wspólnoty narodowej. Tym samym zdejmują oni z siebie również obowiązek okazywania z nią solidarności. W końcu Borys – sugerują łukaszenkofile – wcale nie działa szczerze na rzecz polskości, a jedynie instrumentalnie ją wykorzystuje. Nie jest więc szczerą Polką, a problemów z władzami Białorusi sama jest sobie winna i nic się jej od nas z tego tytułu nie należy. W myśl teorii przemocy symbolicznej przekonanie, że ofiara sama jest winna swoich prześladowań, jest jednym z warunków uczynienia z danego obiektu ofiarnego kozła.

Zobacz także: MKiDN wdroży Fundusz Patriotyczny. Wsparcie finansowe dla organizacji

Z uwagi na powyższe nie jest też przypadkiem propagandowe rozgrywanie przez łukaszenkofili, wymyślonych przez nich samych, „prawdziwych Polaków na Białorusi” w kontrze do Andżeliki Borys, będącej Polką „nieprawdziwą”. W ten sposób uzyskuje się efekt zrzucenia winy za represje wobec szerszej grupy osób narodowości polskiej na owego kozła ofiarnego, którego uczyniono z prezes ZPB. To nie białoruski prezydent jest winien – twierdzą łukaszenkofile. Winna represji wobec naszych rodaków na Kresach jest Andżelika Borys, sama zresztą słusznie przebywająca w areszcie – dodają. Analogia ze środowiskiem „Gazety Polskiej”, które winą za dyskryminację Polaków na Litwie obarcza samych Polaków, jest aż nazbyt oczywista.

„Propolski” Łukaszenko

W związku z tym wszelkie niedogodności, jakich doświadcza na Białorusi niemal każdy Polak, który pragnie kultywować tożsamość narodową, który chce uczyć się polskiej historii, w tym jej „wyklętej” po dziś dzień na Białorusi wersji, są winą jątrzenia prezes ZPB. Koronnym dowodem na jej nieszczere intencje i instrumentalne posługiwanie się polskością jest wszak jej nieskrywana niechęć do Łukaszenki, być może nawet przejawiana na życzenie ośrodków zewnętrznych. Łukaszenko nie miał więc wyboru: agentka Borys musiała trafić do więzienia, bo tak też będzie lepiej dla samej polskości na Białorusi. Dzięki temu – jak twierdzą łukaszenkofile – nie będzie on już zmuszony ograniczać Polakom ich praw jako mniejszości narodowej. Wcześniej też tego nie chciał, ale niestety nie miał wyboru. Stąd właśnie bierze się paradoks upowszechniany przez łukaszenkofili, że obecne prześladowanie Polaków jest tak naprawdę działaniem propolskim. 

Powyższe założenie przyjmujemy oczywiście pod warunkiem, że nie trafi się łukaszenkofil, który w ogóle będzie zaprzeczał prowadzeniu polityki obliczonej na wynarodowienie  Polaków przez tamtejszą administrację państwową bądź chociażby negował potrzebę istnienia tam na przykład polskojęzycznego szkolnictwa. Są obywatelami Białorusi, więc po co im znajomość polskiego? – pytają niby retorycznie, bo przecież wiadomo, że po nic. Przynajmniej według łukaszenkofili.  

W istocie – „Polacy bezobjawowi” mogą na Białorusi w spokoju dożywać swoich dni, doczekując się dzieci i wnuków, oczywiście wtopionych już w rosyjskojęzyczną masę zindoktrynowaną sowiecką wersją historii ziem ich przodków, jaką lansują tamtejsze władze. O to przecież właśnie chodzi Łukaszence, gdy mawia, że na Białorusi żyją Polacy – ale „jego Polacy”. Różnica między Polakiem a „Polakiem Łukaszenki” jest więc zasadnicza. I fakt ten nie jest winą Andżeliki Borys ani jakiegokolwiek polskiego działacza, lecz wynika z polityki władz Białorusi. Prawdopodobnie też „zwykli Polacy” – przeciwstawiani przez łukaszenkofili Andżelice Borys – są właśnie tym samym podmiotem, co „Polacy Łukaszenki”. 

Polscy „naziści”

Dość dodać, że gdy wybiło już szambo w postaci aplauzu łukaszenkofili dla aresztowań Polaków na Białorusi, to nie oszczędzono nawet Anny Paniszewej. Tymczasem model jej działania powinien akurat w pełni wychodzić naprzeciw oczekiwaniom kibiców białoruskiego prezydenta. Wszakże Paniszewa prowadziła w Brześciu działalność zarejestrowaną przez władze Białorusi, stroniła od polityki, nie była polonijną celebrytką niczym Borys, w blasku której można było poprawić swój wizerunek w mediach. Dość dodać, że w wywiadzie dla „Dziennika Gazeta Prawna”, udzielonym między aresztowaniem Paniszewej a własnym uwięzieniem, Borys ledwo skrywała niezdrową satysfakcję z tego, że zarejestrowana przez władze działalność nie uchroniła Paniszewej przed represjami. 

Ale i tu łukaszenkofile idą w sukurs obiektowi swoich westchnień. Paniszewa wszak organizowała z udziałem harcerzy w małej salce akademię z okazji Narodowego Święta Żołnierzy Wyklętych, a obecnie władze Białorusi mają przecież widzimisię, że tego typu wydarzenia są „propagowaniem nazizmu”. Wina więc leży bezsprzecznie po stronie Paniszewej. Mogła przestrzegać miejscowego prawa, nie propagować nazizmu i miałaby spokój. Nie jest represjonowana jako Polka – bo Łukaszenko przecież lubi Polaków – tylko jako osoba łamiąca prawo. Logiczne? Dla łukaszenkofilów jak najbardziej. W końcu Polakom na Białorusi przestrzegającym prawo nie dzieje się krzywda i mogą sobie być Polakami. Co więcej, jak będą grzeczni, to mogą nawet być „Polakami Łukaszenki”. Borys i Paniszewa nie chciały, więc mają to, na co zasłużyły.

Przypadek Anny Paniszewej jest zresztą dobitnym dowodem, że Łukaszence nie chodzi tym razem o opozycyjną postawę Borys wobec władz Białorusi. Wprawdzie prezes tamtejszego Związku Polaków faktycznie nieroztropnie – a wręcz zupełnie bezmyślnie – zaangażowała lokalną polskość w protesty przeciwko prezydentowi państwa, ale odwet przecież nastąpił nie tylko wobec niej i innych opozycjonistów narodowości polskiej, lecz także wobec takich osób jak wspomniana Paniszewa. Ta ostatnia, zanim została „nazistką”, była przecież modelowym działaczem wymarzonym przez polskich zwolenników Łukaszenki.

Bij Polaka

Gdy mówimy o odwecie, to mamy na myśli odegranie się Łukaszenki na Polsce za próby wykolejenia jego władzy, za fetowanie „prezydent Cichanowskiej”, za szereg innych posunięć, które nawet z punktu widzenia polskiej racji stanu od początku były idiotyczne. Łukaszenko nie jest w stanie istotnie zaszkodzić państwu polskiemu, więc rewanżuje się tym Polakom, którzy są jako obywatele Białorusi bezbronni i których państwo polskie ma ograniczone zdolności chronić. Łukaszenkofile bez mrugnięcia okiem wypisaliby Borys czy Paniszewą z narodu polskiego, Łukaszenko wręcz przeciwnie – paradoksalnie to właśnie on patrzy na naród polski jako zbiorowość ponad granicami państwowymi, dlatego uderza w jego podległych sobie przedstawicieli, aby to Polska popamiętała. Głupota polskich władz, z organizowaniem niemalże białoruskiego rządu na uchodźstwie, nie zwalnia nas z obowiązku wspierania wszelkimi możliwymi środkami Borys, Paniszewej i innych, nie wykluczając sankcji nałożonych na Białoruś. Ostatecznie zresztą to nie rząd PiS aresztował polskie działaczki i działaczy w tym kraju, jemu co najwyżej przypadła niechlubna rola prowodyra, ale przecież nie bezpośredniego sprawcy represji.

Tymczasem prezydent Białorusi musi doskonale zdawać sobie sprawę z tego, że Polacy na Białorusi nie są w stanie poważnie zagrozić jego władzy. Łukaszenko wie, że jego los w coraz większym stopniu staje się zależny przede wszystkim od Moskwy, a kreowanie rzekomego zagrożenia z Zachodu (Polski) i dawanie mu odporu to sposób na pokazanie swojej użyteczności. Łukaszenko ma nóż na gardle i odwet na miejscowych Polakach to oznaka jego słabości na zewnątrz. 

Mimo słabnącej pozycji, Łukaszence nie zagraża jednak wszechmocna jakoby Andżelika Borys, której przypisuje się wręcz sterowanie Polakami na Białorusi przeciwko prezydentowi państwa. Jej rzekomo nieszczera postawa Polki przykrywać ma „rzeczywisty” cel, jakim jest obalenie prezydenta. By przekonać jednak miejscowych Polaków do obalenia – jak twierdzą łukaszenkofile – tak przyjaznego im przecież polityka, trzeba ich oczywiście zmanipulować (za pieniądze Zachodu, rzecz jasna). I tym geniuszem zła jest dla łukaszenkofilów właśnie prezes Związku Polaków na Białorusi, który zresztą też jest związkiem „udawanym”, bo Związek „prawdziwy” działa przecież legalnie i bez przeszkód. 

Polka, choć z wadami

Nie ma potrzeby powtarzania poważnych i uzasadnionych zastrzeżeń co do działalności Andżeliki Borys, niemniej jej niechęć do Łukaszenki ma prawo być autentyczna. W końcu tuż po jej wyborze na prezesa ZPB na VI Zjeździe organizacji w 2005 białoruskie władze zaczęły ją szykanować, rejestrując zarazem własny związek, skąd bierze początek podział na Związek oficjalny i nieoficjalny. Dziś na czele tego pierwszego stoi zresztą Aleksander Songin, czyli człowiek odpowiedzialny za ograniczanie nauki języka polskiego na Grodzieńszczyźnie, zwykły czynownik mający z polskością tyle wspólnego, że ją zwalczał.

Po drugie, Andżelika Borys najprawdopodobniej jest z przekonań szczerą demokratką, do czego również ma pełne prawo. Nieuprawnione i szkodliwe jest natomiast angażowanie tamtejszej polskości w tryby ruchów opozycyjnych, co Borys (a wcześniej Tadeusz Gawin) niestety robiła. Do tego nie ma ona żadnego mandatu nawet jako prezes Związku Polaków. Nie można przy tym wykluczyć, że scenariusz upadku Łukaszenki rzeczywiście pozwoliłby ulżyć losowi tamtejszej polskiej społeczności, o ile samo państwo polskie stać jeszcze na kreowanie innej rzeczywistości, niż tylko „prezydent Cichanowska”. Natomiast prawie równoczesne aresztowanie apolitycznej z kolei Paniszewej dowodzi tego, że tym razem nie chodziło o samą tylko opozycyjność Borys, ale o jej narodowość. Dlatego i w jej obronę należy zaangażować cały autorytet, moc i powagę państwa polskiego czy też to, co z nich jeszcze zostało. Tym razem przydatne może się też okazać sojusznicze uwikłanie Polski w struktury zachodnie, tak przecież wyczulone na kwestie praw człowieka, które białoruskie autokrata bez wątpienia łamie. 

Dość zresztą dodać, że i sam los Polaków na Wschodzie obchodzi PiS zazwyczaj wtedy, gdy wpisuje się w ekspansję zachodniego modelu demokracji i ustanawianie prozachodnich rządów w Europie Wschodniej, nigdy niemal nie będąc przedmiotem samoistnej troski. Odwet Łukaszenki na miejscowych Polakach jest zaś wliczony w koszta tak rozumianego PiS-owskiego prometeizmu i nie jest też przypadkiem, że dużo więcej uwagi kręgi rządowe poświęcają Andżelice Borys, niż Annie Paniszewej. Samo aresztowanie Borys spadło zresztą z nieba i PiS-owcom, i łukaszenkofilom, wreszcie bowiem reprezentant absolutnego dobra starł się z reprezentantem absolutnego zła, przy czym obsada tych ról jest już kwestią danego środowiska.

Łukaszenko ponad wszystko

Składanie ofiary z kresowych Polaków, czynienie z działaczy tamtejszych polskich społeczności agentów obcych mocarstw, zarzucanie winy za dyskryminację na samych dyskryminowanych, stosowanie mechanizmu kozła ofiarnego, wymyślanie wewnątrzpolskiej opozycji wobec lokalnych liderów i swego rodzaju „parametryzacja” obiektywnych jakoby interesów sąsiedniego państwa w postaci sojuszu z Polską – tego wszystkiego doświadczyliśmy już na przykładzie Polaków z Litwy. W końcu to tam na czele kresowej społeczności od dawna stoi rzekomy „rosyjski agent” Tomaszewski, który jątrzy w stosunkach z sojuszniczą Litwą i przez którego Litwa nie może – mimo że przecież bardzo by tego chciała – wyjść naprzeciw potrzebom Polaków. Zresztą, Agnieszka Romaszewska, skądinąd jedna z towarzyskich kontrowersji Andżeliki Borys, określiła zabieganie o polskie postulaty na Litwie mianem czegoś w rodzaju prywatnego widzimisię Tomaszewskiego. Bo gdyby nie było Tomaszewskiego, gdyby nie było Borys, gdyby… 

Gdyby nie było Polaków na Kresach, to nikt by ich nie dyskryminował, więc skoro jednak są, to sami sobie są winni dyskryminacji, czyż nie? Łukaszenkofile nie działają bowiem wedle innego schematu, niż zwolennicy giedroycizmu. Również i ten ostatni bez mechanizmu kozła ofiarnego nie miałby przecież racji bytu. I choć łukaszenkofile gorliwie zapewniają, że los Polaków na Białorusi spędza im sen z powiek, to analiza ich wypowiedzi wykazuje, że w pełni zasługują na swoje określenie, a Kresowianie ich nie obchodzą w ogóle. Wyżej cenią oni porozumienie Polski z Łukaszenką, niż interesy własnych rodaków. Co więcej, ich miłość jest wyłącznie platoniczna, bo Łukaszenko nigdy do porozumienia nie dążył, jak chcieliby tego jego zwolennicy w Polsce, najwyraźniej dotknięci po prostu syndromem sztokholmskim. Dlatego ich poglądy to taki sam wirus jak giedroycizm, którego są po prostu kolejną mutacją w dobie panującej pandemii.

Marcin Skalski 

REKLAMA

Komentarze